sound

12 stycznia 2016

Rozdział 00: Od czego się zaczęło?

               Luhan miał dziesięć lat i był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Dorósł na tyle, by móc po raz pierwszy w życiu zobaczyć swojego ojca. To spotkanie było najważniejszym wydarzeniem w roku, gdyż jego rodziciel był bardzo zapracowany, co było widać po pałacu, w którym mieszkali. Chłopca skrupulatnie przygotowywano, by nie popełnił żadnej gafy. Wiedział, że gdy stanie przed mężczyzną, będzie musiał się głęboko pokłonić, okazując swój szacunek i nie będzie mógł podnosić wzroku z podłogi, gdyż ojciec był człowiekiem przewyższającym go pod każdym względem. Uczono go, iż silniejszym trzeba służyć i wyrażać dozgonną wdzięczność za pozwalanie mu wciąż żyć. Luhan bał się stanąć z nim twarzą w twarz. Mógł przecież popełnić jakiś błąd, okazać słabość lub nie sprostać oczekiwaniom ojca.
               Jednakże naprawdę chciał go poznać i przekonać się czy był do niego choć trochę podobny. Czuł się samotny, mimo wielu otaczających go służących. Brakowało mu rodzicielskiej troski, jaką widywał wśród pospólstwa, które obserwował z okna swej komnaty. Pragnął doświadczyć czułego spojrzenia, pogłaskania po włosach, pstryknięcia w nos, miłości...
               Chłopiec stał przed podłużnym lustrem, wodząc wzrokiem po swoim odbiciu i szukając w sobie niedoskonałości. Próbował wyobrazić sobie starszą wersję siebie. Zastanawiał się, po którym z rodziców odziedziczył niesforne blond włosy, morskie oczy, zadarty, piegowaty nos oraz usta, zaciśnięte w wąską kreskę.
               Gdy był młodszy, często zadawał sobie pytania; Dlaczego wcześniej nie poznał taty? Dlaczego nie mógł go mieć choć przez chwilę przy sobie? W końcu jednak doszedł do wniosku, że tak już musiało być. Po prostu los był dla niego mniej przychylny.
               Luhan miał już wyjść z pokoju, ale jego ręka zawisnęła nad klamką. Czuł coś dziwnego. Zimny dreszcz przeszedł w dół jego kręgosłupa i na kilka sekund zrobiło mu się ciemno przed oczami. Trwało to jedynie chwilę, przez co nie zwrócił na to większej uwagi. Otworzył drzwi.
               Zdążył zrobić zaledwie kilka kroków, zanim coś odrzuciło go z powrotem do pokoju. Mocno uderzył w tylną ścianę, coś w jego ręce niepokojąco strzyknęło, wywołując jego wrzask. Osunął się na ziemię, czując metaliczny posmak w buzi. Splunął śliną zmieszaną z krwią. Powoli podniósł się na chwiejne nogi i oparł się o ścianę, przez potężne zawroty głowy. Wyciągnął spod materaca nóż z ozdobną rękojeścią, który podwędził niedawno ze zbrojowni. Na śnieżnobiałej pościeli zostawił czerwone odciski rąk. Odwrócił się w stronę drzwi i zachłysnął powietrzem.
               Ogień zbliżał się do niego w zastraszającym tempie. Przyglądał się płomieniom trawiącym miejsce, w którym żył od urodzenia. Obserwował jak błądzą po ścianach, spalają meble i sięgają jego własnej, cennej biblioteczki. Choć zawsze dbał o swoje rzeczy, a szczególnie o ulubione książki, których nie pozwalał nikomu dotykać, w tamtym momencie nie zrobił ani kroku. Wiedział, że z takim żywiołem nie miał szans, ale nie chciał się poddać. Wydawało mu się, że ogień rozbłyska zgniłozielonym kolorem. Jednak najdziwniejsze było to, iż sądził, że płomienie czegoś szukają i doszedł do wniosku, że to on był tym 'czymś'.
               Niezgrabnie wdrapał się na łóżko, upuszczając ostrze, które z brzdękiem upadło na ziemię. Wkrótce po tym zobaczył, jak pożera je ogień. Pokój wypełnił się dymem, drapiącym go w gardle. Było gorąco, mógł poczuć parzący żar na własnej skórze. Umrę? - zastanawiał się. -Czy tak będzie wyglądała moja śmierć?
               Luhan wspiął się na parapet, byle by być dalej od ognia. Mógłby przez nie uciec, gdyby nie znajdował się na siódmym piętrze. Choć czy śmierć przez upadek nie byłaby mniej bolesna? Nie chciał umierać.
               Myślał o swoim ojcu. Było mu żal, że nigdy go nie pozna. Pochwycił myśl, że ogień mógł znaleźć także jego, ale szybko zniknęła. Spojrzał raz jeszcze na niespokojne płomienie, sięgające swoimi ramionami do niego. Słyszał ich ciche wołanie do siebie. Luhan... Lu... Luhan...
     -Luhan! Jesteś u siebie?! Otwórz te drzwi, do cholery!
               Skierował twarz w stronę drzwi, które rzeczywiście były zamknięte, choć był przekonany, że zostawił je otwarte. Klamka poruszała się w górę i w dół. Głos jego osobistego służącego był bardzo zaniepokojony. Pewnie martwił się tym, że chłopiec nie zszedł na czas. Przecież od początku powtarzali mu, iż nie może denerwować ojca. Cóż to za niekompetencja ze strony panicza... Jeszcze przez jego zachowanie wszystkim miało się oberwać. Czy to było sprawiedliwe? Jednakże do tej pory wywiązywał się ze wszystkich swoich obowiązków. Służący nie mieli za co być do niego źle nastawieni, ale tak czy tak miał mało przyjaciół na zamku. Czasem miał wrażenie, że wszyscy chcieli się go pozbyć.
     -Nie wchodź tu, proszę, nie wchodź, nie wchodź - szeptał do siebie, mając nadzieję, że jakimś cudem dotrze to do służącego i zaprzestanie prób otwarcia drzwi.
               Tymczasem płomienie powoli wskoczyły na parapet, gdzie ukrywał się Luhan i pełzły do niego. Leniwie oplotły jego palce, wspinając się w górę i cierpliwie zajmując się każdym miejscem, by niczego nie przeoczyć. Chłopiec, mimo że spodziewał się przeraźliwego bólu, nie potrafił powstrzymać krzyku. Łzy pociekły po jego policzkach, gdy próbował zgasić  ogień na jego ciele.
     -Paniczu? Co tam się, do diabła, dzieje?!
               Drzwi, po dwóch mocnych uderzeniach, z trzaskiem wylądowały na ziemi, a przerażony sługa wpadł do pokoju, szukając wzrokiem Hana. w jego oczach odbijał się śmiercionośny ogień, którego zdawałoby się, że nawet nie zauważył. Jeszcze jeden głośny wrzask wydobył się z piersi Luhana, gdy płomienie wycofały się z parapetu i popędziły w stronę sługi. Dosłownie kilka sekund później mężczyzna padł jak długi na podłogę, a jego oczy wywróciły się do środka czaszki. Do nozdrzy chłopca, niemal natychmiast, dotarł swąd palonego ciała. Chciało mu się wymiotować.
               Gdy płomienie znów zwróciły się w jego stronę z przerażenia przygryzł swoją wargę do krwi. Wiedział, że z nim będzie tak samo jak ze służącym i nie był pewien, czy ponownie zniesie ból, jaki zadawał mu ogień. Jednakże, tuż przed jego twarzą płomienie zatrzymały się i z sykiem rozstąpiły na boki. Zimny powiew wiatru trochę osłabił ból promieniujący z jego poparzonej ręki, ale nadal był nie do zniesienia.
      -Synu Azrea i Kyochi, dziecko potępionych, duszo nie znająca spokoju i miłości. Me imię brzmi Kim Jongin. Przybyłem, by podzielić twój los i pomóc ci w zemście.
               Przed Luhanem stał mężczyzna z długimi blond włosami, sięgającymi łopatek, które lekko powiewały. Jego oczy spokojnie wpatrywały się w dziecko. Na twarzy miał czarno-czerwone wzory, a prawy policzek przecinała ogromna blizna. Jego postawa wskazywała na chłodną osobowość. W normalnych okolicznościach chłopiec trzymałby się z dala od takiego człowieka, ale w tamtej chwili wydawał mu się bezpieczną przystanią. Coś mówiło mu, że może mu zaufać. Biła od niego siła i troska, choć nie można było tego zobaczyć.
     -Bezprawnie odebrano ci dziedzictwo i zesłano tutaj, do obcego miejsca, świata ludzi, w którym rozkazano ci żyć bez wspomnień. Wystarczająco długo byłeś krzywdzony za błędy swoich rodziców. Przybyłem by uwolnić twoją duszę od tego marnego ciała. Pragnę służyć ci całym sobą, oddać swój los w twoje ręce i użyczyć ci mej mocy, byś mógł odzyskać to, co twoje. Uwolnię cię od przeklętych płomieni, zesłanych, by dokonały twej zagłady.
               W oczach mężczyzny czaił się niebezpieczny błysk, co chwilę migały czerwienią. Zbliżył się do chłopca, poruszając swoim czarnym płaszczem, pełznącym po ziemi i uklęknął na jedno kolano. Ujął dłoń Luhana.
     -Być może nadal nie wiesz kim jesteś.
               Luhan zmarszczył brwi. Przecież doskonale wiedział kim był.
     -Być może nadal wierzysz w kłamstwa, którymi cię karmiono.
               Im dłużej słuchał stanowczego głosu mężczyzny, tym bardziej gubił się we własnych myślach. Słowa nieznajomego wwiercały się w jego umysł, sprawiając, że zaczynał mu wierzyć.
     -Sprawię, że uwolnisz się od zaklęcia niewolącego twoje wspomnienia. Jeśli tylko zechcesz przyjąć moją propozycję, pomogę ci. Przyrzekam ci wierność i poświęcenie. Przysięgam oddać za ciebie życie, jeśli będzie to konieczne. Powierzam się twojej dobrej woli, twoim wyborom i twemu sercu. Jednakże zanim zawrzemy układ, musisz zrobić jedną rzecz.
               Jongin jednym uderzeniem w szybę, rozwalił szkło na drobne kawałki. Wskazał chłopcu ogród tuż pod oknem, w którym kwitnęły piękne róże, będące jego ulubionymi kwiatami.
     -Musisz jedynie wyskoczyć przez okno.
               Luhan cofnął się gwałtownie kilka kroków, w roztargnieniu spoglądając to na mężczyznę, to na chwilowo unieruchomione płomienie.
     -Albo zginiesz tutaj przez ogień, albo zdasz się na mnie i wyskoczysz przez okno. Jeśli to zrobisz - uratuję cię.
               Chłopiec przylgnął plecami do ściany. Oddech mu przyspieszył, a po karku spłynął zimny pot. Jak on mógł mu proponować coś takiego? A co ważniejsze: jak Han mógł wcześniej myśleć, że przy nim będzie bezpieczny?
     -Jeśli będziesz miał mnie po swojej stronie, będziesz mógł zrobić wszystko. Pomogę ci wygrać każdą walkę.
               Powoli pokręcił głową.
     -Zaprowadzę cię do twoich rodziców.
               Luhan ożywił sie i znów spojrzał mężczyźnie w oczy, doszukując się w nich fałszu. Jednak niczego nie znalazł. Jeszcze raz wyjrzał za okno, rozmyślając ile minęłoby czasu zanim uderzyłby w twardą ziemię.
     -Na-naprawdę wiesz gdzie są? - spytał niepewnie. - Przecież mój ojciec... mój...
     -Twój ojciec jest daleko stąd. Nie w tym świecie. Zaprowadzę cię do niego, zaprowadzę cię również do matki. Nigdy więcej nie będziesz sam.
               Chłopiec wziął głęboki wdech i pobiegł w stronę okna. Bez namysłu rzucił się w pustą przestrzeń, a uświadamiając sobie powagę sytuacji, zaczął głośno wrzeszczeć. Po jego policzkach spływały łzy przerażenia.
     -Wierzę ci - wyszeptał.
               Wiedział, że być może źle wybrał.
               Wiedział to jeszcze przed tym, gdy uderzył w zimną ziemię.
               Wiedział to przed tym, gdy wszystko zaczęło go przeraźliwie boleć.
               Wiedział to, zanim po raz ostatni nabrał powietrza w płuca.
               Wiedział to, zanim umarł.
                Jednakże to nie była ostateczna śmierć.
                Ta śmierć była dopiero początkiem czegoś wielkiego.
                Czegoś być może jeszcze gorszego od śmierci.
                Ale to był jego wybór i musiał ponieść jego konsekwencje.

5 stycznia 2016

Nic ważnego

Ludzie są:
-żałośni podczas godzenia się z bliskimi;
-zazwyczaj żałośni podczas wyrażania swoich uczuć;
-żałośni gdy zwracają się o pomoc;
-żałośni, gdy mówią coś co zaprzecza ich myśleniu;
-żałośni, gdy ich twarze ukrywają tysiące masek;
-żałośni, gdy sądzą, że maski to ich jedyna ochrona;
-żałośni, podczas związków;
-wyglądający żałośnie, gdy mają problem;
-żałośni, gdy szukają wymówek;
-żałośni, gdy ktoś pojmuje, że kłamią, lecz dalej w to brną;
-żałośni, gdy nie wiedzą czego chcą;
-żałośni, gdy cierpią z wyboru;
-żałośni, gdy boją się samotności;
-żałośni, gdy na siłę próbują się zakochać;