Gwar, rozmowy, śmiech i przyjacielskie nastawienie. Tym emanowała ludność wioski zebrana na targowisku, które zmieniło się w miejsce urządzanego festiwalu. Mieszkańcy, zamiast pracować jak na co dzień, dosiadali się do swoich sąsiadów, bądź też innych znajomych i tworzyli jedną wielką rodzinę. Dzieci w tradycyjnych yukatach biegały wokół stolików, bawiąc się i goniąc szczeniaka, który radośnie merdał ogonem. w powietrzu unosił się zapach pysznych grillowanych kiełbasek oraz innych smakołyków przygotowanych specjalnie na tę okazję. Słońce chyliło się ku zachodowi, tworząc delikatny nastrój. Modzi zakochani wymykali się swoim rodzicom i pędzili na polanę, gdyż jak głosiła legenda, jeśli para spędzi tam księżycową noc, wypadającą w Festiwal Kwitnącej Wiśni, ich miłość będzie tak silna, że nawet po śmierci będą razem. Oczywiście mało osób w to wierzyło, ale zawsze była to jakaś atrakcja.
Pewien młody mężczyzna o imieniu Suho, wstał ze swojego miejsca, prosząc o kolejny kufel piwa. Uderzył pięścią w stół i powoli zmierzył wszystkich siedzących wzrokiem. Gdy upewnił się, że wszyscy zwrócili na niego uwagę, westchnął z poważną miną.
-Słuchajcie, przyjaciele. Dzisiejszego ranka zauważyłem widmową kulę - przerwały mu chichoty zgromadzonych, które uciszył machnięciem ręki. -Mówię wam, to był prawdziwy posłaniec Lucyfera. Sam na początku nie wierzyłem, że coś takiego znajdowało się naprzeciw mnie. Już chciałem podejść i dotknąć tego czegoś, ale zaczęło wydawać dziwne jęki i krzyki. Zanim dobyłem mojego miecza, coś zaczęło się wyłaniać z kuli. Najpierw wyszła blada ręka, potem noga, aż w końcu wypluła całe ciało. To był chłopiec, gdzieś osiemnastoletni z zakrwawionym ubraniem i krwistymi oczami. Spojrzał na mnie.
-Haha, dobre rzeczy opowiadacie, mości panie. Pewno tak się wystraszyliście, żeście uciekli, co? A może zaczęliście walczyć z dzieciakiem? Pewno okazał się demonem, którego rycersko zwyciężyliście...
-Stul dziób i słuchaj. to nie są żarty. On wciąż gdzieś tu jest, a instynkt podpowiada mi, że to nic dobrego nie znaczy. Gdy na mnie spojrzał, jego rany zaczęły się jakimś dziwnym sposobem zasklepiać. Chwilę potem odwrócił ode mnie wzrok i odszedł, a ja straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem, na moim ramieniu widniał ten oto znak.
Suho podwinął rękaw, ukazując wszystkim swoją nagą i czystą skórę. Ludzie wybuchnęli śmiechem, poklepując go po ramieniu i gratulując mu wspaniałej wyobraźni. Mężczyźni zaczęli przekomarzać się z upokorzonym, robiąc z niego jeszcze większe pośmiewisko. Nikt podczas tej sielankowej chwili nie zauważył przechodzącej niedaleko postaci z nasuniętym na twarz kapturem.
Był to młody chłopak, wyglądający na odrobinę zagubionego. W dłoni ściskał jakąś kartkę, bardzo dla niego ważną. Za rogiem zrzucił z siebie płaszcz, odkrywając swoje potargane ubrania i brudne blond włosy. Pstryknięciem palcami doprowadził się do ładu. Na jego ciele pojawiły się nowe, czyste i wyprasowane ubrania, a z twarzy zniknął brud. Zakręciło mu się w głowie, przez co oparł się plecami o ścianę.
-Cholera, wciąż zużywam energię na bezsensowne rzeczy - wyjęczał. Ruszył w stronę stoiska z lampionami. Zbliżała się godzina, w której wszyscy udawali się nad rzekę i puszczali zapalone lampiony, Luhan z przyzwyczajenia także chciał to zrobić. tak dawno nie miał okazji na choć odrobinę rozrywki. Ostatnie kilka lat spędził na ciągłym uciekaniu przed niewiadomym. tym razem nikt go nie gonił, więc miał chwilę dla siebie. Uśmiechnął się czarująco do sprzedawczyni i szepnął kilka słówek, które sprawiły, że oddała mu lampion za darmo.
Wmieszał się w wesoły tłum, udający się nad rzekę. Stanął na uboczu i nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, zaczął cicho odliczać z innymi. Cztery... Trzy... Dwa... Jeden! Uniósł wysoko lampion, puścił i obserwował jak delikatny podmuch wiatru spycha go w bok. Uśmiechnął się melancholijnie. Ostatni raz robił to z Jonginem, a teraz jedyne co pozostało mu po przyjacielu to kartka i wspomnienia. Wspiął się na niewielkie wzgórze, rozglądając wokół. Był wolny, choć wcale taki się nie czuł. Na jakiś czas Kai zdołał powstrzymać ataki na jego osobę, chroniąc go tak, jak to przysiągł na początku ich znajomości.
Chłopak wyciągnął z kieszeni kartkę, którą dał mu przyjaciel. Spojrzał na widniejącą na niej twarz i przeklął w myślach. Jak miał znaleźć kogoś, kogo nie znał, mając tylko jego zdjęcie i list, który musiał mu przekazać? Nawet nie wiedział, gdzie miał zacząć. To było takie frustrujące. Gdyby zebrał więcej energii, mógłby spróbować odszukać go dzięki zdjęciu, ale nie chciał kraść jej bezbronnym mieszkańcom. Nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji nie mógł się do tego zmusić. To było poza granicami jego moralności.
Rozłożył się na trawie i spojrzał w gwieździste niebo. Nie zauważył nawet kiedy słońce zdążyło całkowicie zajść. Zamknął oczy, oddając się w objęcia Morfeusza. Nie obchodziło go to, co pomyślą sobie ludzie z wioski. Wystarczy, że ominą go szerokim łukiem. Złodziejami także się nie przejmował. Mimo wszystko nie miał przy sobie nic na tyle wartościowego, by można było na tym zarobić. to był dla mnie zbyt długi dzień i chciał, by jak najszybciej nadeszło lepsze jutro.
Księżyc w pełni był ulubionym widokiem Tao. W dzieciństwie mama opowiadała mu, że na tym białym rogaliku żyje wiele szczęśliwych duchów wraz ze swoją królową. Gdy nadchodzi pełnia, duszki przebierają się za ludzi i bawią w ludzki festiwal, a ich władczyni tańczy z najzdolniejszym wybrankiem na środku polany. W dzień obserwują niezwykłe dla nich ludzkie rzeczy, które starają się naśladować. Kiedyś matce wymsknęło się, że jeden z duszków uciekł od królowej i schował się pod jej łóżkiem. Oczywiście nie uwierzył jej, choć do teraz, bardziej z przyzwyczajenia, co noc zagląda pod łóżko w poszukiwaniu takiego włamywacza.
Chłopak idealnie maskował się w ciemności, jedynie jego bladozielone oczy, które łatwo było pomylić z kocimi, odcinały się na czerni nocy. Poszukiwał, hm, upitych mężczyzn, którzy akurat wracali do domu i których mógłby łatwo ograbić z pieniędzy, jakich nie wydali na alkohol. O Zitao wszyscy wiedzieli tyle: biedny oszust, nie wstydzący się okraść niepełnosprawnego. Dla niego to było normalne. Po śmierci samotnie wychowującej go matki trafił do sierocińca, gdzie musiał nauczyć się sprytnie kłamać i kraść, by przeżyć. Co więcej nauczył się tam pierwszych ciosów, których używał do dziś, co prawda tylko w ostateczności.
Huang wędrował po wsi odrobinę zniechęcony, gdyż tej nocy szczęście mu nie sprzyjało. Nie znalazł nikogo ciekawego, jedynie minął wymiotującego starca, do którego wolał się nie zbliżać, by się nie ubrudzić. Afe, jedyne co go powstrzymywało, to możliwość otarcia się z obrzydliwymi rzeczami. Przecież nie był aż tak zdesperowany.
Gdyby nie to, że dobrze widział w ciemnościach, pewnie przeoczyłby niewielką postać leżącą na wzgórzu. W głębi duszy zapiszczał z zadowolenia. Nieważne czy nieżywy, oby miał coś, co przyniesie dochód! Wujek Tao nie pogardzi żadnymi kosztownościami.
Z bliska wydawało mu się, że to jakiś porzucony dzieciak, chociaż nawet takiemu nie odpuści. Po ubraniach wywnioskował, że mógł być z zamożnej rodziny, a co za tym idzie, nawet jeśli nie znajdzie przy nim niczego ciekawego, może zdobyć niezłą kasę za okup. Już miał przed oczami tę górę pieniędzy, jaka na niego czekała. Zaczął od kieszeni w płaszczu, obmacał je lekko poklepując. Wyczuł jakieś kartki papieru, które spróbował wyciągnąć, ale przeszkodził mu uścisk na ręce. Otworzył szeroko oczy, czyżby został przyłapany?
-Jongin...? - cichy szept wydobył się z na wpół śpiącego blondyna. Chłopak podniósł się do siadu, przetarł oczy i zmarszczył brwi. Przez kilka sekund miał wyraz lekkiego zawodu. - Jesteś złą zjawą?
Tao wyszarpnął rękę z uścisku i kopnięciem sprowadził go z powrotem do leżenia. Luhan uderzył głową w ziemię, co na chwilę go zamroczyło.
-Nie wiem skąd GO znasz, ale zapomnę, że wypowiedziałeś imię zdrajcy, jeśli to co trzymam w dłoni okaże się cenne - wymamrotał, niedbale rozkładając papier. Z niedowierzaniem spojrzał na twarz widniejącą na zdjęciu. -Niemożliwe. To już nie jest tylko dziwne, ale i trochę zabawne. Przyszedłeś odrobinę namieszać, co? Zaprowadzę cię do niego - wskazał na kartkę. - Mam nadzieję, że trochę rozkręcisz naszą bandę.
Luhan przekrzywił głowę w bok, ledwo kontaktując. Nieznajomy nadal coś do niego mówił, ale do blondyna nic nie docierało. Coś było nie tak. Jego zasoby energii zbyt szybko się skurczyły. Jakim cudem nie zauważył wcześniej, że jest niestabilny? Był jak naczynie z dziurami, wszystko przez niego przelatywało. Dlaczego nie mógł zatrzymać choć jednej wiązki energii?
Huang zauważył, że blondyn, którym swoją drogą zrobił się zainteresowany, nie reagował na żadne jego słowa. Pomachał mu ręką przed oczami, ale on nadal wpatrywał się w jeden martwy punkt. Na początku nie zrozumiał o co chodzi, ale wkrótce przypomniał sobie, że niektórzy ludzie nie byli odporni na fuyoku ze zbyt dużą energią życiową, potrafiącą pożreć tę mniejszą. Czyżby on był takim typem człowieka? Że też musiał trafić na takiego problematycznego chłopaka, eh.
Xiao obudziły ciepłe promienie słoneczne, padające na jego twarz. Przetarł oczy i lekko się przeciągnął. Naprawdę dobrze mu się spało. O łóżko, w którym spał, był oparty drobny chłopak. Jego ciemne, niemal czarne włosy delikatnie okalały okrągłą twarz, więc Luhan nie mógł stwierdzić, czy nieznajomy spał czy też nie. Wyciągnął rękę, by delikatnie go szturchnąć, ale zatrzymał ją tuż przed jego twarzą, gdyż oczy chłopca były szeroko otwarte i odrobinę bojaźliwie wpatrywały się w Lu.
-Och - wyjąkał, otwierając swojego duże oczy jeszcze szerzej, chociaż wydawało się to niemożliwe. -Przyprowadzę Sehuna skoro już się obudziłeś.
Blondyn zmarszczył brwi i chciał spytać kim wspomniany mężczyzna jest, jednakże sylwetka drobnego chłopca zdążyła już zniknąć za drzwiami. Han zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, by zająć czymś myśli. Pokój nie był zbyt duży. W jego rogu była mała szafa, zapewne z ubraniami. Nad łóżkiem wisiały zdjęcia. Jedno szczególnie przyciągnęło jego uwagę. Znajdował się na nim Jongin, ubrany w tradycyjny japoński strój i trzymający w dłoni sztuczne ognie. Obok niego stał wyższy mężczyzna, bardzo podobny do jego przyjaciela. Trzymał Kai'a za ramię i szeroko się uśmiechał, wskazując mu coś poza kadrem.
Luhan przejechał palcem po ramce, dotknął podobizny Jongin'a i uśmiechnął się z tęsknotą. Choć od ich ostatniego spotkania minęła zaledwie niecała doba, to i tak zdawało się całą wiecznością. Świadomość, że nigdy więcej się już nie zobaczą tylko pogarszała sprawę. Dlatego Xiao oderwał dłoń od zdjęcia i przyjrzał się swoim palcom. Były całe z kurzu, najwidoczniej nikt nie używał tego pomieszczenia od długiego czasu. Nagłe chrząknięcie sprawiło, że podskoczył.
-Jeśli już skończyłeś naruszać moją prywatność, mógłbyś wyjaśnić mi, co ma znaczyć twoja obecność?