sound

29 listopada 2015

Survival Game 00

     Kilka dni temu atmosfera w szkole uległa zmianie. Uczniowie niechętnie ze sobą rozmawiali, patrzyli na siebie wrogo, a ich twarze głównie wykrzywiał grymas strachu. Coś musiało się wydarzyć, a z racji tego, że nie było mnie tutaj ponad tydzień (akurat złapał mnie katar, a mama jak zwykle musiała wszystko wyolbrzymić) nie miałem pojęcia co takiego.
     Siedzenie z przyjaciółmi na stołówce podczas przerwy obiadowej nie było już takie fajne. Wcześniej przy naszym stoliku nie było miejsca, zawsze wokół nas było głośno i przekrzykiwaliśmy samych siebie. Dzisiaj brakowało kilku osób. Towarzyszyli mi jedynie Kyungsoo, Jongin i Lay, przy czym wszyscy mieli spuszczone głowy i niemrawo jedli stołówkowe żarcie. W końcu zdenerwowany postanowiłem przerwać milczenie.
   -Co z wami nie tak?!
     Żadnej reakcji.
   -Powiedzcie mi co się stało, do cholery! - mój krzyk wypełnił całe pomieszczenie, ale oni nadal nie ruszyli się choćby na centymetr. Wymierzyłem plastikowym widelcem w stronę Kyungsoo. Miałem nadzieję, że chociaż on się trochę ogarnie. -D.O!  O co tu chodzi?!
     Chłopak ciężko westchnął i w końcu na mnie spojrzał. Miał zaczerwienione, lekko opuchnięte oczy oraz ciemne wory pod nimi. Wyglądał na bardzo zmęczonego, musiał zarwać kilka ostatnich nocy. Poczułem sie winny, że tak na niego naskoczyłem. Oparł brodę na dłoni, po czym zmierzył mnie wzrokiem.
   -Zrozum, nikt nie ma ochoty o tym gadać - przymknął na kilka sekund oczy, a moja wyobraźnia podrzuciła mi wizję, w której wbijam widelec w jego dłoń, powoli wyciągam i tak w kółko, dopóki nie powie mi o co wszystkim chodzi. Potrząsnąłem głową zanim demoniczny uśmiech wpełznął na moje wargi. -Zajmij się jedzeniem.
   -Nie mogę spokojnie jeść i funkcjonować, kiedy jesteście bardzo smutni, a ja nie wiem przez co - nadymałem niezadowolony policzki, zapewne wyglądając jak naburmuszone dziecko. Zmarszczyłem brwi, nawijając makaron na sztuciec i wkładając go sobie do buzi. -Chcę tylko pomóc - powiedziałem z pełnymi ustami.
   -Luhan, do kurwy nędzy, w niczym nam nie pomożesz - warknął w moją stronę Kai. Spojrzał przelotnie na Kyungsoo, następnie skupił wzrok na mnie.
   -Przyjaciele sobie pomagają!
   -Daj spokój, Jongin - stanowczy głos D.O sprawił, że chłopak znów pochylił głowę, wbijając wzrok w nietknięty obiad. -Jak widzisz nie jesteśmy w humorze.
   -Ale... powinniście się podzielić ze mną swoim zmartwieniem! Szczególnie kiedy wszyscy o tym wiedzą, tylko ja nie! W ogóle nie traktujecie mnie jak swojego przyjaciela! To... to bardzo smutne! Myślałem, że mnie lubicie!
     Byłem naprawdę sfrustrowany. Od dwóch dni musiałem wytrzymywać ich złe nastroje, co wcale nie przychodziło mi z łatwością, tylko mega irytowało. Wszystkie moje negatywne emocje i atmosfera kumulowały się we mnie, inicjując mój wybuch.
   -Oh, zamknij się! - podskoczyłem na krześle, niemal wywracając cały stolik. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby Yixing podnosił głos. -Nie marudź, zaraz wszystkiego dowiesz się od dyrektora.
   -Huh? - Lay wskazał palcem coś za mną, więc szybko się odwróciłem. Na zielonej ścianie widniał hologram mojego zdjęcia i danych osobowych. Nie muszę chyba dodawać, że każde moje legitymacyjne zdjęcie wychodziło beznadziejnie, prawda? Burza włosów opadała mi na czoło i dawała wrażenie, że po wstaniu z łóżka ani razu ich nie rozczesałem (co mniej więcej było prawdą, nie licząc przeczesania ich palcami).
     Wydawało mi się, że wszyscy w pomieszczeniu wstrzymali oddechy, kiedy moje zdjęcie zniknęło i pojawił się napis 'Prosimy o zgłoszenie się do gabinetu dyrektora'. Gdy wszystko zgasło odwróciłem się z powrotem do przyjaciół.
   -Co to miało znaczyć? - rzuciłem. Wszyscy patrzyli się na mnie, jakby wyrosła mi trzecia ręka, a z ucha wychodził jakiś robal. Wielkie mi co. Dyrektor najzwyczajniej w świecie chciał ze mną o czymś pogadać. Nie miałem się czego bać, przecież nie złamałem regulaminu.
   -Jak pójdziesz to się dowiesz - Yixing wygonił mnie, powracając do jedzenia.
   -Niech cię szlag - pożegnałem się.
    Przerzuciłem torbę przez ramię i chwyciłem pudełko z niedokończonym obiadem, które wyrzuciłem tuż przy wyjściu. Gabinet dyrektora mieścił się na piętrze. Wchodząc po schodach dostałem wiadomość.

 ~Od: Baekkie♡!
     Słyszałem, że dyrektor chce się z tobą widzieć... współczuję:/ Trzymaj się jakoś, słońce! Jeśli będziesz chciał pogadać to dzwoń, jestem do twojej dyspozycji~

     Co do cholery? Skąd o tym wie?

~Do: Baekkie♡!
     Ile płacisz informatorowi? Szybki jest... Właśnie idę do gabinetu, ale w ogóle nie wiem o co chodzi. Mam nadzieję, że ta cała sytuacja w końcu się wyjaśni. Nie ma cię w szkole, jakim cudem jesteś do dyspozycji?

     Schowałem telefon do kieszeni, ponieważ znalazłem się na przeciwko dyrektora. Mężczyzna na oko pięćdziesięcioletni stał na przeciwko mnie, swobodnie opierając się o framugę drzwi. Na widok jego twarzy przeszły mnie zimne dreszcze i nerwowo przełknąłem ślinę. Wyraz, który przybrał nie dawał mi nadziei na coś pozytywnego.
   -Xiao Luhan, uczniu drugiej klasy szkoły imienia Ksumete Shiwo, zostałeś wybrany, by przewodniczyć srebrnej drużynie Wiss. Mamy nadzieję, że doprowadzisz ich do zwycięstwa.
   -N-nie rozumiem - wyjąkałem. 
   -Zostałeś oficjalnie wytypowany przez salvajów, będziemy zaszczyceni jeśli zgodzisz się przyjąć od nas parę wskazówek dotyczących przebiegu gry i walki z rywalami - mężczyzna ukłonił się, po czym odsunął od drzwi, zapraszając mnie do środka. Całkowicie oszołomiony i zdezorientowany wszedłem, aczkolwiek niepewnie..
   -D-dyrektorze... nadal nie rozumiem o co chodzi. Jaka gra? Jaka srebrna drużyna? - usiadłem na krześle, które mi wskazał. -I że ja mam czemuś przewodzić? - mimowolnie poczułem rozbawienie. Wiedziałem, że kompletnie nie nadaję się do bycia liderem.
   -Rodzice ci nie mówili? - był wyraźnie zaskoczony. Pokręciłem głową, a on potarł dwoma palcami podbródek. -Cholera... to nam utrudnia całą sytuację.


20 listopada 2015

Do you trust me? 01

   Dla Sehuna każdy kolejny dzień był jeszcze gorszy od poprzedniego. Zewsząd otaczała go nicość, starał się iść wciąż w jednym kierunku, ale nie mając punktu odniesienia, szybko się pogubił. Nie wiedział czego szukał.
   Czuł się jak zwierze w cyrku. Był kompletnie zdezorientowany, ale coś pchało go do działania. W jego głowie była jedna jedyna myśl, która pod żadnym pozorem się nie zmieniała. Czasami nawet pojawiała się, gdy zamykał oczy, bądź śnił. Mianowicie - przeżyj. Jedno krótkie słowo, które sprawiało, że był w stanie iść bez przerwy, bez jedzenia i wody, przez kilka dni, oczekując... raju? Ratunku? Być może końca tej pieprzonej pustyni, końca piasku, parzącego jego stopy, na których pojawiły się bolesne pęcherze i końca życia bez Boga. Czuł się przez niego opuszczony. Jak gdyby to właśnie on porzucił go na tym pustkowiu i kazał szukać, żyć, przetrwać, radzić sobie samemu. Zastanawiał się czy właśnie tak wygląda piekło, a jeśli nie, to czy jest blisko śmierci i wkrótce do niego trafi.
   Blondyn obserwował gwiazdy. Noc na pustyni była cholernie zimna, ale on jakby był na to odporny. Nie chował się. Po zapadnięciu zmroku kładł się na piasku i patrzył w niebo. Wbrew pozorom nie było tak źle. Było niesamowicie beznadziejnie, ale dało się wytrzymać. Rozłożył się wygodnie, rozciągając wszystkie kończyny i podkładając ręce pod głowę. 
   Choć czuł rwący ból we wszystkich mięśniach, potrafił cieszyć się z momentów takich jak ten. Odnajdywał wzrokiem różne konstelacje i nadawał im swoje nazwy. Poprzedniego dnia kreślił palcem ich kształty, łącząc ze sobą świecące ciała niebieskie, ale dziś nie miał na to siły.
   Jego myśli zajął pierwszy wieczór w tym miejscu. Minęły już cztery dni, a tajemniczy mężczyzna, który mu pomógł, nie dał znaku życia. Przecież on także musiał się gdzieś tutaj błąkać, prawda? Dlaczego nie został z nim i nie spróbował połączyć sił w szukaniu ocalenia?
   Najprostszym rozwiązaniem było wmówienie sobie, że cała ta chora sytuacja to był sen, z którego nie potrafił się obudzić. Jednak coś nie pozwalało mu w to wierzyć. Czy sen mógłby być tak realistyczny? Czy pamiętałby zapach mężczyzny, jego dotyk oraz głos? Każde wypowiedziane przez niego słowo co wieczór przebiegało Sehunowi przez myśli. Być może właśnie dla tego głosu chciał gdzieś dojść. Nie wiedział gdzie się znajdował, ani ile czasu zajmie mu dojście dokądkolwiek, ale był pewny, że gdzieś istnieje miejsce, w którym będzie mógł zostać i znów go spotkać.
   Chłopak powoli odpływał, usypiany przez pikanie dziwnego urządzenia. Przypominało to, które wydawało dźwięki w rytm bicia serca nieprzytomnego człowieka, choć niezupełnie.
     Pik. Pik-pik.
   Zamknął oczy, uspokajając się, że to tylko jego omamy. Przecież był tu sam, prawda? Nikt (nic) za nim nie szedł.
    Pik.
   Po paru sekundach jego zmęczone ciało rozluźniło się, a oddech unormował. Tymczasem odgłos zbliżał się do niego. Jakiś cień zamajaczył nad jego sylwetką.
     Pik. Pik-pik.
     Widzimy cię.
     Pik.

***

   Południe. Najgorętsza pora dnia. Sehun zapewne niemiłosiernie by się pocił... gdyby miał czym. Był odwodniony, zaprzedałby duszę, by móc napić się czegokolwiek. Skóra na jego twarzy stała się sucha, szorstka i bał się zobaczyć jak wyglądał. Po dotyku czuł, że włosy stały się matowe oraz tłuste, co niekoniecznie mu się podobało.
   Blondyn ociężale stawiał stopy na piasku. Szedł przed siebie, tam gdzie go nogi poniosą z nadzieją, że zdanie się na instynkt coś da. Zasłaniał dłonią oczy przed słońcem, które potwornie go raziło. Czy choćby raz to głupie zaćmienie nie mogłoby się na coś przydać? Chciał oblizać usta językiem, by dać ukojenie spękanym wargom. Prychnął. Miał dość tej pieprzonej sytuacji. Miał ochotę się rozpłakać, usiąść i schować głowę między kolana. Miał ochotę się poddać. Ale nie był gotowy na śmierć. Musiał przeć na przód.
   Usłyszał coś.
   Błyskawicznie odwrócił się i jedynym co ujrzał była znikająca blond czupryna za wydmą. Cholera.
 -HEJ! - wykrzyknął, rzucając się w pościg. -Zaczekaj! Stój, rozumiesz?!
   Mimo swojego zmęczenia, Sehun naprawdę szybko biegł. Z łatwością dogonił chłopaka, który wyglądał na przerażonego całą sytuacją. Złapał go za ramię i szarpnął do siebie.
 -Skąd przyszedłeś? Boże, jesteśmy niedaleko jakiejś osady? - niższy odepchnął go od siebie i spróbował znów mu uciec. -Dlaczego uciekasz? Nie chcę cię skrzywdzić!
   Zaczęli się szarpać. Sehunowi naprawdę zależało, by nie dać dziwnemu chłopcu uciec. Przecież... przecież był tak blisko ratunku. Nie mógł pozwolić sobie zaprzepaścić tę szansę, przez takiego gnojka. Jak on w ogóle śmiał zostawiać go na pastwę losu, widząc stan w jakim się znajdował? Chłopiec zamachnął się prawą ręką i uderzył Sehuna prosto w nos. Blondyn zachwiał się na nogach. Upadł na gorący piasek, po czym zaczął się turlać w dół wydmy. W ostatniej chwili złapał niższego za nogę i pociągnął go za sobą.
   Ostatnim co poczuł był mocny kopniak w głowę.

20/?

Utracony oddech to nic. Jeden da się przeboleć, jeden nic nie znaczy, jeden jest jak ziarenko piasku na pustyni. Jestem utracony oddech to niewiele - a jednak potrafi zabić. Sehun oddałby wszystko, by cofnąć czas i zobaczyć swojego pięknego chłopaka, który samodzielnie oddychał. Który w jakiś sposób pokazywał, że żył oprócz maszyny, która pikała w rytmie jakim biło jego zmęczone, małe serduszko.

19/?

Luhan podążał wzrokiem za sylwetką wychodzącego mężczyzny. Był zawiedziony. Kilka dni temu Oh obiecał mu, że będzie się nim opiekował oraz nie pozwoli, by stała mu się krzywda, a teraz? Zostawia go z tą wredną dziewczyną, która od samego początku go nienawidziła. Bał się tego, jak na niego patrzyła oraz znaczenia słów, wydobywających się z jej ust.
-Już zostawił cię samego, huh? - powiedziała niby zatroskanym głosem. Lu chciał, by zostawiła go w spokoju. Pragnął samotności. W tej chwili mógłby się rozpłakać, gdyby nie jej obecność. -Mówiłam, że tak będzie. Ostrzegałam cię przed tym. Sehun traktuje wszystkich otaczających go ludzi ja rzeczy. Nikt go nie obchodzi prócz niego samego. Zrozumiesz to w końcu, czy dalej będziesz pchał się do niego na siłę?
Nie odezwał się. W ciszy przetwarzał jej słowa na nowo, próbując znaleźć w nich coś miłego, jakieś ziarenko nadziei, czegokolwiek pozytywnego.
-Uh, pewnie myślałeś, że będziesz dla niego kimś wyjątkowym. No cóż, życie to nie film, żebyś grał główną rolę i zmieniał człowieka pokroju Sehuna. Jego nie da się zmienić. Nieważne co zrobisz, on i tak nie będzie zainteresowany. Znam go o wiele dłużej niż ty.