Czuł się jak zwierze w cyrku. Był kompletnie zdezorientowany, ale coś pchało go do działania. W jego głowie była jedna jedyna myśl, która pod żadnym pozorem się nie zmieniała. Czasami nawet pojawiała się, gdy zamykał oczy, bądź śnił. Mianowicie - przeżyj. Jedno krótkie słowo, które sprawiało, że był w stanie iść bez przerwy, bez jedzenia i wody, przez kilka dni, oczekując... raju? Ratunku? Być może końca tej pieprzonej pustyni, końca piasku, parzącego jego stopy, na których pojawiły się bolesne pęcherze i końca życia bez Boga. Czuł się przez niego opuszczony. Jak gdyby to właśnie on porzucił go na tym pustkowiu i kazał szukać, żyć, przetrwać, radzić sobie samemu. Zastanawiał się czy właśnie tak wygląda piekło, a jeśli nie, to czy jest blisko śmierci i wkrótce do niego trafi.
Blondyn obserwował gwiazdy. Noc na pustyni była cholernie zimna, ale on jakby był na to odporny. Nie chował się. Po zapadnięciu zmroku kładł się na piasku i patrzył w niebo. Wbrew pozorom nie było tak źle. Było niesamowicie beznadziejnie, ale dało się wytrzymać. Rozłożył się wygodnie, rozciągając wszystkie kończyny i podkładając ręce pod głowę.
Choć czuł rwący ból we wszystkich mięśniach, potrafił cieszyć się z momentów takich jak ten. Odnajdywał wzrokiem różne konstelacje i nadawał im swoje nazwy. Poprzedniego dnia kreślił palcem ich kształty, łącząc ze sobą świecące ciała niebieskie, ale dziś nie miał na to siły.
Jego myśli zajął pierwszy wieczór w tym miejscu. Minęły już cztery dni, a tajemniczy mężczyzna, który mu pomógł, nie dał znaku życia. Przecież on także musiał się gdzieś tutaj błąkać, prawda? Dlaczego nie został z nim i nie spróbował połączyć sił w szukaniu ocalenia?
Najprostszym rozwiązaniem było wmówienie sobie, że cała ta chora sytuacja to był sen, z którego nie potrafił się obudzić. Jednak coś nie pozwalało mu w to wierzyć. Czy sen mógłby być tak realistyczny? Czy pamiętałby zapach mężczyzny, jego dotyk oraz głos? Każde wypowiedziane przez niego słowo co wieczór przebiegało Sehunowi przez myśli. Być może właśnie dla tego głosu chciał gdzieś dojść. Nie wiedział gdzie się znajdował, ani ile czasu zajmie mu dojście dokądkolwiek, ale był pewny, że gdzieś istnieje miejsce, w którym będzie mógł zostać i znów go spotkać.
Chłopak powoli odpływał, usypiany przez pikanie dziwnego urządzenia. Przypominało to, które wydawało dźwięki w rytm bicia serca nieprzytomnego człowieka, choć niezupełnie.
Pik. Pik-pik.
Zamknął oczy, uspokajając się, że to tylko jego omamy. Przecież był tu sam, prawda? Nikt (nic) za nim nie szedł.
Pik.
Po paru sekundach jego zmęczone ciało rozluźniło się, a oddech unormował. Tymczasem odgłos zbliżał się do niego. Jakiś cień zamajaczył nad jego sylwetką.
Pik. Pik-pik.
Widzimy cię.
Pik.
***
Południe. Najgorętsza pora dnia. Sehun zapewne niemiłosiernie by się pocił... gdyby miał czym. Był odwodniony, zaprzedałby duszę, by móc napić się czegokolwiek. Skóra na jego twarzy stała się sucha, szorstka i bał się zobaczyć jak wyglądał. Po dotyku czuł, że włosy stały się matowe oraz tłuste, co niekoniecznie mu się podobało.
Blondyn ociężale stawiał stopy na piasku. Szedł przed siebie, tam gdzie go nogi poniosą z nadzieją, że zdanie się na instynkt coś da. Zasłaniał dłonią oczy przed słońcem, które potwornie go raziło. Czy choćby raz to głupie zaćmienie nie mogłoby się na coś przydać? Chciał oblizać usta językiem, by dać ukojenie spękanym wargom. Prychnął. Miał dość tej pieprzonej sytuacji. Miał ochotę się rozpłakać, usiąść i schować głowę między kolana. Miał ochotę się poddać. Ale nie był gotowy na śmierć. Musiał przeć na przód.
Usłyszał coś.
Błyskawicznie odwrócił się i jedynym co ujrzał była znikająca blond czupryna za wydmą. Cholera.
-HEJ! - wykrzyknął, rzucając się w pościg. -Zaczekaj! Stój, rozumiesz?!
Mimo swojego zmęczenia, Sehun naprawdę szybko biegł. Z łatwością dogonił chłopaka, który wyglądał na przerażonego całą sytuacją. Złapał go za ramię i szarpnął do siebie.
-Skąd przyszedłeś? Boże, jesteśmy niedaleko jakiejś osady? - niższy odepchnął go od siebie i spróbował znów mu uciec. -Dlaczego uciekasz? Nie chcę cię skrzywdzić!
Zaczęli się szarpać. Sehunowi naprawdę zależało, by nie dać dziwnemu chłopcu uciec. Przecież... przecież był tak blisko ratunku. Nie mógł pozwolić sobie zaprzepaścić tę szansę, przez takiego gnojka. Jak on w ogóle śmiał zostawiać go na pastwę losu, widząc stan w jakim się znajdował? Chłopiec zamachnął się prawą ręką i uderzył Sehuna prosto w nos. Blondyn zachwiał się na nogach. Upadł na gorący piasek, po czym zaczął się turlać w dół wydmy. W ostatniej chwili złapał niższego za nogę i pociągnął go za sobą.
Ostatnim co poczuł był mocny kopniak w głowę.
Jego myśli zajął pierwszy wieczór w tym miejscu. Minęły już cztery dni, a tajemniczy mężczyzna, który mu pomógł, nie dał znaku życia. Przecież on także musiał się gdzieś tutaj błąkać, prawda? Dlaczego nie został z nim i nie spróbował połączyć sił w szukaniu ocalenia?
Najprostszym rozwiązaniem było wmówienie sobie, że cała ta chora sytuacja to był sen, z którego nie potrafił się obudzić. Jednak coś nie pozwalało mu w to wierzyć. Czy sen mógłby być tak realistyczny? Czy pamiętałby zapach mężczyzny, jego dotyk oraz głos? Każde wypowiedziane przez niego słowo co wieczór przebiegało Sehunowi przez myśli. Być może właśnie dla tego głosu chciał gdzieś dojść. Nie wiedział gdzie się znajdował, ani ile czasu zajmie mu dojście dokądkolwiek, ale był pewny, że gdzieś istnieje miejsce, w którym będzie mógł zostać i znów go spotkać.
Chłopak powoli odpływał, usypiany przez pikanie dziwnego urządzenia. Przypominało to, które wydawało dźwięki w rytm bicia serca nieprzytomnego człowieka, choć niezupełnie.
Pik. Pik-pik.
Zamknął oczy, uspokajając się, że to tylko jego omamy. Przecież był tu sam, prawda? Nikt (nic) za nim nie szedł.
Pik.
Po paru sekundach jego zmęczone ciało rozluźniło się, a oddech unormował. Tymczasem odgłos zbliżał się do niego. Jakiś cień zamajaczył nad jego sylwetką.
Pik. Pik-pik.
Widzimy cię.
Pik.
***
Południe. Najgorętsza pora dnia. Sehun zapewne niemiłosiernie by się pocił... gdyby miał czym. Był odwodniony, zaprzedałby duszę, by móc napić się czegokolwiek. Skóra na jego twarzy stała się sucha, szorstka i bał się zobaczyć jak wyglądał. Po dotyku czuł, że włosy stały się matowe oraz tłuste, co niekoniecznie mu się podobało.
Blondyn ociężale stawiał stopy na piasku. Szedł przed siebie, tam gdzie go nogi poniosą z nadzieją, że zdanie się na instynkt coś da. Zasłaniał dłonią oczy przed słońcem, które potwornie go raziło. Czy choćby raz to głupie zaćmienie nie mogłoby się na coś przydać? Chciał oblizać usta językiem, by dać ukojenie spękanym wargom. Prychnął. Miał dość tej pieprzonej sytuacji. Miał ochotę się rozpłakać, usiąść i schować głowę między kolana. Miał ochotę się poddać. Ale nie był gotowy na śmierć. Musiał przeć na przód.
Usłyszał coś.
Błyskawicznie odwrócił się i jedynym co ujrzał była znikająca blond czupryna za wydmą. Cholera.
-HEJ! - wykrzyknął, rzucając się w pościg. -Zaczekaj! Stój, rozumiesz?!
Mimo swojego zmęczenia, Sehun naprawdę szybko biegł. Z łatwością dogonił chłopaka, który wyglądał na przerażonego całą sytuacją. Złapał go za ramię i szarpnął do siebie.
-Skąd przyszedłeś? Boże, jesteśmy niedaleko jakiejś osady? - niższy odepchnął go od siebie i spróbował znów mu uciec. -Dlaczego uciekasz? Nie chcę cię skrzywdzić!
Zaczęli się szarpać. Sehunowi naprawdę zależało, by nie dać dziwnemu chłopcu uciec. Przecież... przecież był tak blisko ratunku. Nie mógł pozwolić sobie zaprzepaścić tę szansę, przez takiego gnojka. Jak on w ogóle śmiał zostawiać go na pastwę losu, widząc stan w jakim się znajdował? Chłopiec zamachnął się prawą ręką i uderzył Sehuna prosto w nos. Blondyn zachwiał się na nogach. Upadł na gorący piasek, po czym zaczął się turlać w dół wydmy. W ostatniej chwili złapał niższego za nogę i pociągnął go za sobą.
Ostatnim co poczuł był mocny kopniak w głowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz