Wchodzę do autobusu. Kiwam głową pasażerom na dzień dobry i staję przy drzwiach, które mają małe dziurki, by mieć dostęp do świeżego powietrza. Mam problemy z oddychaniem. Mama powiedziała, że wyjazd na wieś do babci dobrze mi zrobi.
Chwytam poręcz jedną dłonią, a drugą przełączam piosenki w telefonie. Szukam takiej, która zdołała by mnie wyciszyć. Autobus rusza, przez co przechylam się lekko w bok. Nareszcie w moich uszach rozbrzmiewają wyczekiwane dźwięki. Podnoszę wzrok. Wszyscy unikają patrzenia mi w oczy. Sama na ich miejscu bym tak zrobiła. Rozglądam się po pojeździe. Z tyłu walają się jakieś paczki, najpewniej należą do starszych pasażerów. Są na nich dziwne znaczki, których nie rozumiem. Z sufitu zwisają przeróżne łapacze snów.
Wszystkie miejsca są zajęte... o! Widzę jedno wolne! Powoli idę w jego stronę, gdy autobus gwałtownie się zatrzymuje. Potykam się o własne stopy i upadam na chłopca, który dziwnie na mnie patrzy. Mam zamiar przeprosić, ale coś jest nie tak. Wyciągam rękę, by się podeprzeć i podnieść, a ona przenika przez jego kolano. Szybko ją cofam oraz tłumię krzyk. Odchodzę parę kroków, po czym wracam do drzwi. Przyciskam kilka razy "stop", jednakże nic się nie dzieje. Spoglądam w kierunku kierowcy, a jedyne co odbija się w szybach to puste siedzenie.
Czuję na plecach zimny powiew wiatru. Nie chcę się odwracać. Piosenka w moich słuchawkach już dawno przestała grać. Tym razem czuję na sobie wzrok wszystkich pasażerów.
-Popełniłaś błąd - słyszę, choć nie mam pojęcia z której strony. Głos jakby pojawia się bezpośrednio w mojej głowie. Nie rozumiem. -Popełniłaś błąd, decydując się, by tu wsiąść.
W końcu mimowolnie się odwracam. Przede mną stoi chłopiec, na którego wcześniej wpadłam. Ma rozczochrane blond włosy, wygląda jakby był wyjęty rodem z obrazu, przedstawiającego wieśniaków ze średniowiecza. Wpatruje się we mnie stalowymi i zimnymi, błękitnymi oczami. Zmieniam zdanie. Wygląda na księcia. Na rycerza. Jednakże, wydaje mi się również, że nie ma w nim odrobiny dobroci. Iż wszystkie jego emocje wyparowały, pozostawiając po sobie zwykłą pustkę.
Kręcę głową. Zamykam oczy i otwieram je, próbuję wmówić sobie, że jego tu nie ma. Ale gdy znów na niego patrzę, wydaje się bardziej realny niż wcześniej. Wyciągam rękę. Chcę dotknąć jego twarzy. Sprawdzić czy znów niczego nie poczuję. Odsuwa się. Wygląda na skrzywdzonego. Grymas na jego twarzy wbrew pozorom nie ujmuje mu wdzięku.
Tracę oddech. Zaczynam się dusić ze stresu. Słuchawki wypadają mi z uszu, a telefon uderza o podłogę. Wszystko wiruje. Wyciągam desperacko rękę, która muska jego kosmyki, po czym tracę przytomność.
Ma... naprawdę zadbane włosy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz