sound

29 grudnia 2015

24/?

               Całe życie zastanawiałem się jak to jest kochać? Oczywiście, znałem miłość do rodziny, troszczyłem się o swoje młodsze rodzeństwo i byłem wdzięczny w stosunku do rodziców. Odczuwałem też miłość kierowaną do mnie. Lecz nigdy nie spotkałem się z czystym uczuciem względem nastolatków. Dlatego też zastanawiałem się czym ona jest? Czy w ogóle istnieje? Czy kiedykolwiek będzie mi dane ją odczuć? Miłość jest opisywana różnie. Jedni mają 'motyle' w brzuchu i pocą im się dłonie, gdy ta wyjątkowa osoba jest w pobliżu. Innym robi się gorąco na samą myśl o wybranku oraz kręci im się w głowie, gdy tylko ich dotknie. Czują również w stosunku do ukochanej bądź ukochanego troskę, potrzebę opieki i bycia blisko. Od zawsze chciałem się zakochać. Jednakże do tej pory zdołałem złapać tylko przelotne zauroczenie czyjąś osobą. Czułem się jak małe, egoistyczne dziecko, które biegnie za pięknym motylem, by go złapać i mieć tylko dla siebie. Nie wiedziałem, że miłość woli być wolna, nieograniczona żadnymi zasadami oraz lubi zaskakiwać. Czasami bywa bolesna, choć to wcale nie jej wina. To ludzie niszczą niewinne emocje, które budzą się do życia. Brudzą je swoim lekceważeniem, sprawiają, że stają się zimne i czasami zupełnie znikają, pozostawiając po sobie pustkę u dawnego właściciela. Nie chciałem by moje emocje zniknęły, ale jednocześnie chciałem zaryzykować. Mama powtarzała mi, że trzeba ryzykować, żeby zdobyć coś nieosiągalnego. Postanowiłem jej posłuchać z nadzieją, że po raz kolejny będzie miała rację. W końcu znalazłem kogoś w kim się zakochałem, choć nie wiedziałem, że to może być takie łatwe. Moja miłość była pełna bólu, nieświadomości i tęsknoty. Ale nie żałuję. Nigdy nie powinniśmy żałować miłości. A oto jak zaczęła się moja historia...



Przepraszam, że dopiero teraz Ci to piszę, ale muszę wyjechać na kilka miesięcy. Mój samolot odlatuje dzisiaj o wpół do 10. Nie oczekuję, że przyjdziesz, wiem, że możesz być na mnie wściekły (powinieneś...), ale fajnie byłoby cię zobaczyć na pożegnanie...

               Treść sms'a, którego otrzymałem dosłownie zwaliła mnie z nóg. Ale Sehun już taki był, od zawsze robił wszystko na ostatnią chwilę i oczekiwał, że inni zatańczą tak jak im zagra. Nienawidziłem tego, co nie zmieniało faktu, iż świadomie pozostawałem marionetką w jego teatrze. Cokolwiek by nie zrobił i na cokolwiek by mnie nie namówił to ja próbowałem wszystko odkręcić oraz udobruchać ludzi, którym podpadliśmy. Według jego mamy byłem spokojną przystanią, gdzie Sehun lubił zatrzymywać się na długie wieczory.

Idiota.

               Odpisałem jednym słowem, po czym sprawdziłem godzinę. Miałem trochę czasu, ale był jeden problem. Znajdowałem się w szkole, a ucieczka z lekcji byłaby bardzo kłopotliwa. Od podstawówki miałem doskonałą frekwencję oraz byłem pupilkiem nauczycieli, gdyż nauka była dla mnie bardzo ważna. Wagary mogłyby zachwiać moją idealną reputację.... Jednak nie zobaczenie najlepszego przyjaciela przez kilka miesięcy bolało bardziej. Tak, bolało. Byłem zawiedziony, że dowiedziałem się o tym w taki sposób. Miałem ochotę uderzyć go w tą proporcjonalną twarz i sprawić, że stałaby się krzywa i mniej pociągająca dla uczennic mojej szkoły. Całymi dniami musiałem wysłuchiwać jaki to jest wspaniały. Gdy zaczął przyjeżdżać po mnie swoim samochodem, dziewczyny uwzięły się na mnie, bym trochę im o nim opowiedział.
                Uniosłem dłoń, zwracając tym uwagę wszystkich w klasie. Poprosiłem o standardowe wyjście do toalety, a gdy psor pozwolił mi na to, zostawiłem wszystko, by było wiarygodnie i zamknąłem za sobą drzwi. Spokojnym krokiem przemierzałem korytarze, aż natrafiłem na wyjście ze szkoły. Wziąłem rower, który był najbliżej i szybko popedałowałem na lotnisko. Miałem szczęście, że nie było aż tak daleko, choć i tak się zgrzałem oraz niemiłosiernie spociłem. Przed ogromnym budynkiem zeskoczyłem z roweru i rzuciłem go na trawnik. Biegiem dotarłem do środka, po czym wyciągnąłem telefon, by zadzwonić do Sehuna oraz spytać gdzie jest.
                Odebrał po dwóch sygnałach.
       =Za tobą = rozłączył się.
                Obejrzałem się przez ramie i rzeczywiście zobaczyłem go. Ubrany był w niebieską koszulkę i zwykłe jeansy, a na jego twarzy widniał luzacki uśmieszek. Wyciągnął ramiona, by mnie przytulić, ale nie miałem zamiaru tego robić. Spokojnie do niego podszedłem, mierząc zimnym spojrzeniem. Uderzyłem go w policzek. Głuchy dźwięk oznajmił mi, że dobrze wykonałem robotę, a jego jęk, powiedział, że na pewno go bolało.
      -Wiem, wiem, zasłużyłem - westchnął i potarł bolące miejsce, gdzie zrobił się śmieszny, czerwony ślad mojej dłoni.
      -Przepraszam, ale trochę mi ulżyło - uśmiechnąłem się.

25 grudnia 2015

23/?

               Sehun był bardzo blisko mnie. Jego twarz znajdowała się kilkanaście centymetrów od mojej. Położył dłoń na moim policzku, przez co zaskoczony rozchyliłem usta, wciągając gwałtownie powietrze. To był pierwszy raz, kiedy dotknął mnie w ten sposób. Pierwszy raz, kiedy spojrzał na mnie nieco inaczej. W końcu widział przed sobą kogoś, kto mógłby skraść jego serce. Odrzucił pryzmat przyjaźni i traktowania jak młodszego brata. Wiem, że na pewno było mu ciężko. Dlatego postarałem się mu pomóc. Przygotowałem się na nasze spotkanie, poradziłem się siostry i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, by... być dla niego pociągającym. Ubrałem bokserkę przylegającą do ciała, które było bardzo chude przez kary jakie stosowałem wobec siebie. Yoochi zrobiła mi delikatne kreski, by podkreślić moje oczy i nałożyła błyszczyk na usta. Miałem też na sobie ciasne rurki, opinające się na moim tyłku. Miałem nadzieję, że jeśli nie może zakochać się w mężczyźnie, upodobnię się do kobiety, by mógł sobie wyobrazić, że właśnie nią jestem.
               Chłopak zbliżył swoje usta do moich, zamknąłem oczy, przygotowując się na mój pierwszy w życiu pocałunek, ale czułem jedynie jego miętowy oddech na policzku. Jego usta muskały moje ucho, gdy cicho szeptał.
      -Luhan-ssi, nie musiałeś tego robić. Uważam, że twoje usta wyglądają lepiej, gdy niczego na nich nie ma, a jeśli już to jedyna substancja, która może się na nich znajdować jest albo moją śliną, albo moją spermą.
               Starł palcem wskazującym błyszczyk, po czym wsadził go do nich nakazując, bym zaczął go ssać. Zrobiłem to od razu bez sprzeciwiania się. Na początku oblizałem go dokładnie, sprawiając, że Sehun drgnął niespokojnie. Następnie zassałem się na czubku palca, wziąłem go całego do buzi i wciągnąłem policzki. Blondyn wyciągnął go z mojej buzi. Przysunął się do mnie tak, że stykaliśmy się torsami. Objął mnie w pasie.
      -Luhan... - szepnął tuż przy moich ustach. Byłem spragniony jego dotyku. Chciałem więcej i więcej. Nie odpowiadało mi zwykłe ocieranie się w ubraniach. Pragnąłem poczuć jego ciało na swoim ciele, jak również w nim. Sehun zamknął mnie w swoich objęciach, łącząc nasze usta w pocałunku. Ocieraliśmy się wargami, próbowałem za nim nadążać i robić to co on, by niczego nie zepsuć. Gdy polizał moje usta przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Potulnie wpuściłem go do środka, od razu zajmując go zabawą z moim językiem. Kiedy próbowałem go w jakiś sposób zdominować, wplątał dłoń w moje włosy i pociągnął do tyłu odrywając nas z głośnym 'cmok'. Dyszałem, nie mogąc uspokoić swojego ciała i oddechu. Boże. Dlaczego on jest taki fantastyczny?

16 grudnia 2015

22/?

               Muzyka rozbrzmiewała w całym korytarzu, zagłuszając rozmowy innych uczniów, zajętych opisywaniem swoich wakacji i przechwalaniem gdzie, kto oraz jak je spędził. Właśnie rozpoczął się kolejny rok szkolny w liceum, znajdującym się na obrzeżach Seulu. Uczniowie drugiej klasy czekali na tegorocznego wychowawcę, by omówić z nim plan lekcji oraz inne podstawowe rzeczy.
               Tymczasem kobiece głosy zespołu Girls Generation's śpiewały ulubioną piosenkę Luhana i Baekhyuna, dwóch przyjaciół, znających się od najmłodszych lat. W piątej klasie podstawówki stali się wręcz nierozłączni, gdy pewna sytuacja otworzyła im na siebie oczy. Otóż Baek wracał ze sklepu z płytą SNSD, tak bardzo szczęśliwy, że nie zauważył Lu i przez przypadek nie niego wpadł. Przedmiot, który trzymał wypadł mu z ręki. Spadł na ziemię, a chwilę po tym przejechało go auto, doszczętnie je niszcząc. Mały Byun prawię się rozpłakał, ale na szczęście Xiao, widząc w jakim jest stanie podarował mu swoją płytę, którą również dopiero co kupił. Na początku Baekhyun wzbraniał się z przyjęciem jej, ale po zapewnieniach Luhana, że już jej nie potrzebuje, z wdzięcznością zabrał ją do domu. Okazało się, że oboje uwielbiają ten sam zespół i mają nawet tę samą ulubioną piosenkę, która właśnie rozbrzmiewała w telefonie Byuna.
      -O tak Baekkie! - wykrzyknął roześmiany Lu. -Czuję te kocie ruchy!
                Z uśmiechem na ustach zaczął kiwać się do rytmu zwrotki, a gdy rozbrzmiały pierwsze słowa refrenu, zaczął poruszać biodrami. Chwycił Byuna za dłonie, próbując wciągnąć go w swoją zwariowaną zabawę, ale po chwili się poddał i nadal tańczył sam. Na koniec odrzucił w tył głowę. Sprawił, że jego blond włosy odsłoniły uśmiechniętą twarz i pogodne, brązowe oczy.
Baekhyun wraz ze swoim chłopakiem, stojącym zaraz za nim i obejmującym go od tyłu, patrzyli na całe zajście pokładając się ze śmiechu. Ich przyjaciel od zawsze taki był. Beztroski i radosny.
      -Jak spędziliście wakacje? - zapytał, kończąc wygłupy. Oparł łokieć na parapecie i brodę położył na dłoni.
      -Pojechaliśmy na dwa tygodnie do domku letniskowego mojego wujostwa - odparł Chanyeol.

21/?

      -Złap mnie jeśli potrafisz, umma!
               Nim zorientowałem się co do mnie powiedział, czarna czupryna chłopca mknęła w zastraszająco szybkim tempie między drzewami, powoli znikając mi z pola widzenia. Cholera, dzieciak po raz kolejny wywinął mi ten sam numer. Od pół roku pracuję w ośrodku wypoczynkowym 'Hyori ulf' i jestem na okresie próbnym. W tym tygodniu przydzielono mi grupę zieloną z dziećmi w wieku od 7 do 11 lat. Właśnie w tej grupie znajduje się mały gówniarz, za którym od razu rzuciłem się w pogoń, uprzednio krzycząc, by Chanyeol przypilnował resztę obozowiczów. Dopiero od czterech dni wychodzimy z nimi na obrzeża lasu, a Gyu zdążył uciec mi przynajmniej sześć razy. Naprawdę nie rozumiałem dlaczego tak się działo. Zawsze uważnie go obserwowałem, ale w grupie było ponad dwadzieścia dzieci, przez co nie mogłem skupiać się tylko na nim.
               Tak czy inaczej jego głośny, urywany śmiech roznosił się echem, podczas gdy ja przedzierałem się przez las, próbując go dogonić i drapiąc gałązkami ręce.
      -Gyu! Zaczekaj na mnie! To niebezpieczne! - próbowałem go przekupić by stanął, ale nieważne co bym powiedział i tak zrobiłby co zechce. -Jak się zatrzymasz to... kupię ci dużo słodyczy!
                Biegliśmy wgłąb lasu, a moje myśli były coraz mroczniejsze. Na początku moich praktyk musiałem przejść przez radykalny test bezpieczeństwa w lesie. Dlatego nie zabieraliśmy dzieci głęboko w las. Obawiałem się, że im dalej dotrzemy tym bardziej będzie wzrastało prawdopodobieństwo spotkania dzikiego zwierzęcia. Pal licho jeszcze dzika. W tym lesie znajdywały się wilki. Najprawdziwsze, dzikie, groźne, nieokiełznane i nieprzewidywalne zwierzęta. Jedyne co było mi wiadome na temat obrony przed nimi to to, żeby się do nich nie zbliżać.
      -Gyu, ty smarkaczu... - warknąłem pod nosem. -Zatrzymaj się!
      -Chcę zobaczyć wilki! - wykrzyknął szczęśliwy.
      -ONE CIE ZJEDZĄ!
               Już prawie go złapałem. Jeszcze tylko kilka kroków i... mam! Trzymałem jego koszulkę, chciałem go do siebie szarpnąć, ale... Wtedy potknął się i sturlał z małego urwiska, a ja razem z nim. Uderzyłem policzkiem w kamień, zakręciło mi się w głowie. Poczułem mocne pieczenie i ból, przez co wydałem z siebie głośny jęk. Leżałem chwilę nieruchomo. Byłem oszołomiony tym co właśnie się stało i chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że małemu mogło coś się stać.
      -Gyu..? - wyjąkałem, powoli podnosząc się do siadu. Szukałem wzrokiem podopiecznego i zobaczyłem go nieprzytomnego na ziemi. Nad nim pochylał się jakiś mężczyzna z kapturem na głowie. -Hej! Kim jesteś?
                Szybko podszedłem do chłopca, sprawdzając czy nadal oddycha i czy nie ma jakichś większych obrażeń. Kiedy upewniłem się, że mniej więcej wszystko z nim w porządku nieufnie spojrzałem na nieznajomego, którego mylnie wziąłem za mężczyznę. Chłopak w międzyczasie ściągnął kaptur, więc mogłem przyjrzeć się jego twarzy. Od razu mogłem stwierdzić, że był młodszy ode mnie. Zmarszczył brwi.
      -To twój brat? - wskazał ruchem brody na Gyu. Pokręciłem głową, zafascynowany barwą jego głosu. -Tak czy inaczej powinieneś bardziej na niego uważać.
      -Przecież wiem, ale nad tym dzieckiem nie da się zapanować - westchnąłem. -Właściwie... co tutaj robisz? Nie jesteś jednym z przewodników, a bez nich nie można tak głęboko zapuszczać się w las.
      -Żyję. W odróżnieniu do ciebie potrafię o siebie zadbać - rzucił, po czym zbliżył się do mnie i starł kciukiem strużkę krwi spływającą z rany na moim policzku. Byłem tak bardzo zaaferowany dzieckiem, że nie zwróciłem na nią wcześniej uwagi. -Zostanie blizna.
               Odsunąłem się o krok. Nie chciałem, żeby mnie dotykał. Na jego twarzy pojawił się prowokacyjny uśmiech.
      -Oh.. W-w każdym razie, skoro już tu jesteś... pomógłbyś mi go zanieść do ośrodka? Niestety sam go nie uniosę...
      -Co będę z tego miał?
      -Proszę? - zapytałem zdumiony.
      -Nie zrobię tego z dobrej woli, rozumiesz, chcę byś dał mi w zamian coś cennego.
               Chłopak przyjrzał się pobliskim krzakom, więc podążyłem za nim wzrokiem. Byłem ciekaw co takiego interesującego tam zobaczył. Niestety niczego nie dojrzałem. Nieznajomy jakimś sposobem bezszelestnie znalazł się tuż przy mnie i chwycił za podbródek, odwracając moją twarz w swoją stronę.
      -Tylko pamiętaj, że nie chcę niczego zwykłego. To jak? - szepnął.
      -Nie wiem co mógłbym ci zaoferować.

13 grudnia 2015

Znajdź czas by być szczęśliwym

               Nad Seulem wisiały ciężkie, burzliwe chmury, zasłaniające słońce, które dawało nikłe uczucie ciepła. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Ludzie byli zabiegani, wszędzie się spieszyli i jak to bywa, kompletnie nie zwracali uwagi na otoczenie. Czuli radość na myśl o nadchodzących świętach, cieszyli się, że spędzą je ze swoimi bliskimi, a także zastanawiali się jaki podarować im prezent. Boże Narodzenie to dla wszystkich miły czas. Dawało im możliwość na pogodzenie się z innymi, zakopanie toporów wojennych i świętowanie narodzin Chrystusa w przyjaznym gronie.
               Jednak... z Sehunem było inaczej. Pogoda odzwierciedlała jego nastrój, który utrzymywał się od dwóch miesięcy. Cóż, można by powiedzieć, że jego duszę ogarniała melancholijna biel. W tym dniu nie było śladu uczuć, które wcześniej wzbudziły huragan w jego wnętrzu. Pozostała jedynie pustka, zimna jak barwa bieli. Kolor kojarzył mu się z samotnością i smutkiem. Taki właśnie był. Był bielą. Rana w jego sercu - nadal krwawiąca i zbyt świeża, by mogła choć trochę się zasklepić - codziennie zaskakiwała go innym rodzajem bólu. Jednego dnia przeszywała na wskroś, innym razem czuł pulsowanie w piersi, które przeradzało się w nieznośny ból głowy.
               Został na tym brutalnym świecie zupełnie sam, pozostawiony przez jedynego przyjaciela. Los skusił go słodkim owocem przywiązania i troski, z którymi łączyło się koleżeństwo. Następnie szybko pozbawił jakichkolwiek miłych odczuć, porzucając swego podopiecznego oraz skazując na samotną tułaczkę. Czy tymże jest sprawiedliwość? Jednak los nigdy nie był dla ludzi fair. Stawał przed nimi i grał na nosie, a oni bezradni tylko patrzyli na błysk w jego oczach. Mieli prawo czuć się zdradzonymi, prawda? Sehun miał prawo być smutny.
               Lecz nie miał prawa zrzucać na wszystkich winę za śmierć Luhana, co bardzo chętnie robił. Obciążał zarzutami człowieka, prowadzącego samochód, który potrącił jego przyjaciela. Był wściekły za to, że ten ktoś nie był na tyle uważny, by zapobiec biegu wydarzeń. Jeszcze bardziej denerwowało go to, że miał szansę go uratować, ale nawet nie zatrzymał samochodu i zbiegł z miejsca wypadku. Miał mu za złe nie zainteresowanie się zdrowiem Luhana. Nie rozumiał jak ktoś mógł być tak nieodpowiedzialny i doprowadzić do katastrofy, która pozbawiła go jego najlepszego przyjaciela. Jedynej osoby, na której mu zależało.
               Nienawidził ludzi, którzy widzieli całą sytuację i nie zareagowali wystarczająco szybko, by go uratować. Uważał, że to była również ich wina. Oni nosili piętno jego zabójców. Najbardziej jednak winił siebie, gdyż nie było go przy nim w tak ważnym momencie. Zawiódł go jako przyjaciel. Gdyby przy nim był... mógłby go uratować. Tak, tego był pewien. Odepchnąłby go, poświęcił się za niego, zrobiłby cokolwiek byleby ten dalej żył. On uwielbiał żyć. Kochał świat, którego więcej nie zobaczy. Cieszył się jak dziecko, gdy widział pierwsze wschodzące kwiaty po mroźnej zimie. Obserwował spadające, kolorowe liście podczas jesiennych wieczorów. Jego marzeniem była podróż dookoła świata, by móc podziwiać dobra, którymi obdarzył nas Bóg. Nie zdążył tego zrealizować. I to najbardziej bolało Sehuna. Niespełnione marzenia przyjaciela i jego zbyt szybkie odejście z miejsca, które bardzo kochał.
               Mógłby zrobić wiele, by temu zapobiec. Jednak to tylko złudne myślenie. Przeszłość jest zamkniętą świątynią, do której ludzie teraźniejszości nie mają wstępu. Sehun został bezprawnie oddzielony od Luhana, pozostającego zamkniętym w przeszłości. Gdyby tylko mógł zobaczyć go jeszcze raz... z pewnością nakrzyczałby na niego. Zawsze taki był. Jego przyjaciel musiał znosić przez długie lata wybuchowy charakter i niezdecydowanie chłopaka. Wcześniej, gdy tylko przestawał krzyczeć Lu podchodził do niego, obejmował go i głaskał po włosach, mówiąc, że rozumie. Zawsze rozumiał.
               Sehun podążał chodnikiem w parku, do którego wcześniej przychodził tylko z Luhanem. Właśnie tam chwalili się sobie osiągnięciami, gdy byli jeszcze w szkole. Chłopak miał dobre wyniki w sporcie, a jego przyjaciel zdobywał nagrody za poezję, którą tworzył. Często siedząc na ławce, przekomarzali się, kto szybciej znajdzie sobie dziewczynę. Wspomnienia gwałtownie atakowały jego myśli, jednak ten dzielnie je odtrącał i twardo stąpał po ścieżce. Mijał szczęśliwe rodziny, na widok których zaciskał pięści. Wiele by dał za ponowne spędzenie świąt w towarzystwie przyjaciela. Byliby zatroskani tak jak wszyscy inni, a jedynym problemem byłoby zamartwianie się tym co podarować sobie nawzajem. Chłopak był zmęczony. Od wypadku nie spał zbyt dobrze, także niewiele jadł, a jeśli już to danie przygotowane na szybko, bez żadnych składników odżywczych. Zastanawiał się co w tej chwili powiedziałby Luhan. Pewnie coś w rodzaju:
     -Nie możesz tak się zachowywać. Masz dwadzieścia dwa lata, powinieneś myśleć dojrzale i odpowiednio o siebie zadbać!
  Opadł na najbliższą ławkę, chowając twarz w dłonie. Chociaż wcześniej irytowała go ciągła troska, którą roztaczał wokół niego Lu, teraz chciałby to usłyszeć. Chciałby znów poczuć się ważny, móc powiedzieć mu, że on również był dla niego ważny. Nadal jest. Od jego śmierci minęły zaledwie dwa miesiące, nie mógł tak po prostu o nim zapomnieć. Potrzebował czasu, by uporać się z tym, że go już nie ma.
      -Jest pan smutny?
                 Sehun uniósł lekko głowę, spoglądając na młodego chłopca, siedzącego tuż obok niego. Zdziwił się, gdyż ludzie zazwyczaj unikali interakcji z załamanymi osobami, którą w tym momencie był. Odwrócił głowę w drugą stronę, pokazując, że nie jest zainteresowany rozmową. Chciał go spławić.
      -Są święta - czas beztroski, nie powinien pan spędzać tych chwil z najbliższymi?
      -Zajmij się sobą - odpowiedział, nie zaszczycając go spojrzeniem. Obserwował promienie słońca, które przebijały się przez chmury. Chciał pławić się w swojej żałobie, którą otoczył swoje życie. Nie miał zamiaru dzielić się z kimś chwilami, które chciał spędzić sam. Bez Luhana... Jego miejsca nie mógł zająć nikt.
      -Mówią, że wygadanie się pomaga.
               Sehun odwrócił się do niego. Chłopak jednak na niego nie patrzył, obserwował dzieci, bawiące się na pobliskim placu zabaw.
      -Nie rozumiem dlaczego miałbym mówić o swoich prywatnych sprawach komuś, kogo nie znam.
      -Nazywam się Chan - podał mu rękę - a ty?
      -Sehun... - uścisnął niepewnie dłoń.
      -Oficjalnie już się znamy, więc możesz się wyżalić.
      -Dlaczego tak ci na tym zależy? - wywrócił oczami, powracając wzrokiem do nieba.
      -Ponieważ każdy powinienem móc porozmawiać z kimś o swoich problemach. Kiedy już to z siebie wyrzucisz - ulży ci. Gwarantuję.
               Pomysł był tak irracjonalny, że Sehun prawie się zaśmiał. Był rozbawiony tym, że dopiero co poznana osoba chce wysłuchać opowieści, którą schował głęboko w sobie, by nigdy nie ujrzała światła dziennego. Czuł, że jeśli podzieli się z kimś historią jego życia, wspomnienia o Luhanie ulecą wraz z wiatrem, a on o nim zapomni. Nie chciał o nim zapominać. Dlatego też więził w sobie ból po jego stracie i z nikim się nim nie dzielił. Choć może był w błędzie.
     -Nazywał się Luhan - zaczął, sam nie wierząc, że to robił. -Był moim najlepszym przyjacielem, zresztą jedynym jakiego miałem. On... umarł dwa miesiące temu. Został potrącony, a sprawcy do tej pory nie złapano. Nie było mnie przy nim, kiedy najbardziej mnie potrzebował. Byliśmy wtedy skłóceni ze sobą. Pożarliśmy się o jakąś głupią błahostkę, a mimo to nie potrafiliśmy się pogodzić. Cholernie żałuję, że nie mogłem mu powiedzieć jak bardzo mi na nim zależy. W sumie nigdy mu tego nie powiedziałem. Nie wiem nawet czy o tym wiedział. Zawsze byłem zimny, choć starałem się pokazać mu, że jest dla mnie ważny. Ale dopiero po jego śmierci uświadomiłem sobie, że powinienem powiedzieć mu to wprost. Strasznie za nim tęsknię.
               Sehun poczuł ból w piersi. Nie wiedział, że mówienie o nim stanowi dla niego takie wyzwanie. Zapadła cisza, uspokajająca chłopaka, który na nowo przeżywał stratę przyjaciela. Dlaczego to musiało być takie trudne?
      -Doskonale wiedział, że ci na nim zależy. To znaczy tak sądzę - zaczął Chan, wpatrując się w nieprzenikniony wyraz twarzy towarzysza. -Nie rozumiem dlaczego cierpisz, skoro Bóg zabrał go do siebie. Jest teraz w lepszym miejscu, powinieneś cieszyć się z tego.
               Hun w tym wszystkim prawie zapomniał o Bogu. Zawsze gdzieś w jego życiu było miejsce dla Niego, ale ostatnimi czasy coraz mniej o nim myślał. Coraz mniej poświęcał mu uwagi i zaniedbywał wiarę. Słowa znajomego wznieciły iskrę.
      -A więc Bóg to złodziej. Ukradł Luhana, pozbawił go miejsca, które kochał najbardziej. Zabrał go, choć tacy ludzie jak on są tutaj najbardziej potrzebni.
      -Każdy człowiek jest własnością Boga, rozumiesz? Zabrał go po coś, być może uznał, że poradzisz sobie bez niego, a on może przydać się do czegoś tam na górze - wskazał na niebo. -Być może, chciał uchronić twojego przyjaciela przed złem tego świata i ukryć w lepszym.
     -Ale... ale ja nie potrafię bez niego żyć - westchnął Sehun i schował twarz w swoim ramieniu. Właśnie uświadomił sobie, że przez cały czas był zły na Luhana za to, że ten go zostawił. Kierowały nim egoistyczne pobudki. Nie wyobrażał sobie życia, w którym by go zabrakło, a teraz musiał nauczyć się samodzielności.
      -Nie musisz żyć bez niego. Choć nie będzie go już na tym świecie, wspomnienia o nim będą żyły w twoim sercu. Nigdy całkiem cię nie opuści. Nawet jeśli go nie widzisz, on pewnie wciąż gdzieś koło ciebie przebywa. Założę się, że jest smutny, gdyż nie potrafisz iść na przód. Nie chciałby byś wiecznie żył wspomnieniami o nim. Oczywiście, że masz o nim pamiętać, ale gdy będziesz go wspominał masz się uśmiechać i dziękować, że ktoś taki był w twoim życiu, a nie rozpaczać.
               Po jakimś czasie rozeszli się w swoje strony. Rozmowa z Chanem dała do myślenia chłopakowi. Czy Luhan naprawdę tego by chciał? Czy to co poradził mu znajomy było właściwe?
               Sehun postanowił zmienić swoje nastawienie. Był jeszcze młody, całe życie było przed nim. Mógł nadal użalać się nad sobą i wspominać przyjaciela, po czym zakopać się pod melancholijną kołdrą. Mógł też dziękować Bogu, że dane było mu spotkać kogoś tak wyjątkowego. Chciał żyć dalej, jednocześnie pamiętając o latach spędzonych z Luhanem. To było właściwe. I tak właśnie postanowił zrobić.
Masz tylko jedno życie. Znajdź czas by być szczęśliwym.~

29 listopada 2015

Survival Game 00

     Kilka dni temu atmosfera w szkole uległa zmianie. Uczniowie niechętnie ze sobą rozmawiali, patrzyli na siebie wrogo, a ich twarze głównie wykrzywiał grymas strachu. Coś musiało się wydarzyć, a z racji tego, że nie było mnie tutaj ponad tydzień (akurat złapał mnie katar, a mama jak zwykle musiała wszystko wyolbrzymić) nie miałem pojęcia co takiego.
     Siedzenie z przyjaciółmi na stołówce podczas przerwy obiadowej nie było już takie fajne. Wcześniej przy naszym stoliku nie było miejsca, zawsze wokół nas było głośno i przekrzykiwaliśmy samych siebie. Dzisiaj brakowało kilku osób. Towarzyszyli mi jedynie Kyungsoo, Jongin i Lay, przy czym wszyscy mieli spuszczone głowy i niemrawo jedli stołówkowe żarcie. W końcu zdenerwowany postanowiłem przerwać milczenie.
   -Co z wami nie tak?!
     Żadnej reakcji.
   -Powiedzcie mi co się stało, do cholery! - mój krzyk wypełnił całe pomieszczenie, ale oni nadal nie ruszyli się choćby na centymetr. Wymierzyłem plastikowym widelcem w stronę Kyungsoo. Miałem nadzieję, że chociaż on się trochę ogarnie. -D.O!  O co tu chodzi?!
     Chłopak ciężko westchnął i w końcu na mnie spojrzał. Miał zaczerwienione, lekko opuchnięte oczy oraz ciemne wory pod nimi. Wyglądał na bardzo zmęczonego, musiał zarwać kilka ostatnich nocy. Poczułem sie winny, że tak na niego naskoczyłem. Oparł brodę na dłoni, po czym zmierzył mnie wzrokiem.
   -Zrozum, nikt nie ma ochoty o tym gadać - przymknął na kilka sekund oczy, a moja wyobraźnia podrzuciła mi wizję, w której wbijam widelec w jego dłoń, powoli wyciągam i tak w kółko, dopóki nie powie mi o co wszystkim chodzi. Potrząsnąłem głową zanim demoniczny uśmiech wpełznął na moje wargi. -Zajmij się jedzeniem.
   -Nie mogę spokojnie jeść i funkcjonować, kiedy jesteście bardzo smutni, a ja nie wiem przez co - nadymałem niezadowolony policzki, zapewne wyglądając jak naburmuszone dziecko. Zmarszczyłem brwi, nawijając makaron na sztuciec i wkładając go sobie do buzi. -Chcę tylko pomóc - powiedziałem z pełnymi ustami.
   -Luhan, do kurwy nędzy, w niczym nam nie pomożesz - warknął w moją stronę Kai. Spojrzał przelotnie na Kyungsoo, następnie skupił wzrok na mnie.
   -Przyjaciele sobie pomagają!
   -Daj spokój, Jongin - stanowczy głos D.O sprawił, że chłopak znów pochylił głowę, wbijając wzrok w nietknięty obiad. -Jak widzisz nie jesteśmy w humorze.
   -Ale... powinniście się podzielić ze mną swoim zmartwieniem! Szczególnie kiedy wszyscy o tym wiedzą, tylko ja nie! W ogóle nie traktujecie mnie jak swojego przyjaciela! To... to bardzo smutne! Myślałem, że mnie lubicie!
     Byłem naprawdę sfrustrowany. Od dwóch dni musiałem wytrzymywać ich złe nastroje, co wcale nie przychodziło mi z łatwością, tylko mega irytowało. Wszystkie moje negatywne emocje i atmosfera kumulowały się we mnie, inicjując mój wybuch.
   -Oh, zamknij się! - podskoczyłem na krześle, niemal wywracając cały stolik. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby Yixing podnosił głos. -Nie marudź, zaraz wszystkiego dowiesz się od dyrektora.
   -Huh? - Lay wskazał palcem coś za mną, więc szybko się odwróciłem. Na zielonej ścianie widniał hologram mojego zdjęcia i danych osobowych. Nie muszę chyba dodawać, że każde moje legitymacyjne zdjęcie wychodziło beznadziejnie, prawda? Burza włosów opadała mi na czoło i dawała wrażenie, że po wstaniu z łóżka ani razu ich nie rozczesałem (co mniej więcej było prawdą, nie licząc przeczesania ich palcami).
     Wydawało mi się, że wszyscy w pomieszczeniu wstrzymali oddechy, kiedy moje zdjęcie zniknęło i pojawił się napis 'Prosimy o zgłoszenie się do gabinetu dyrektora'. Gdy wszystko zgasło odwróciłem się z powrotem do przyjaciół.
   -Co to miało znaczyć? - rzuciłem. Wszyscy patrzyli się na mnie, jakby wyrosła mi trzecia ręka, a z ucha wychodził jakiś robal. Wielkie mi co. Dyrektor najzwyczajniej w świecie chciał ze mną o czymś pogadać. Nie miałem się czego bać, przecież nie złamałem regulaminu.
   -Jak pójdziesz to się dowiesz - Yixing wygonił mnie, powracając do jedzenia.
   -Niech cię szlag - pożegnałem się.
    Przerzuciłem torbę przez ramię i chwyciłem pudełko z niedokończonym obiadem, które wyrzuciłem tuż przy wyjściu. Gabinet dyrektora mieścił się na piętrze. Wchodząc po schodach dostałem wiadomość.

 ~Od: Baekkie♡!
     Słyszałem, że dyrektor chce się z tobą widzieć... współczuję:/ Trzymaj się jakoś, słońce! Jeśli będziesz chciał pogadać to dzwoń, jestem do twojej dyspozycji~

     Co do cholery? Skąd o tym wie?

~Do: Baekkie♡!
     Ile płacisz informatorowi? Szybki jest... Właśnie idę do gabinetu, ale w ogóle nie wiem o co chodzi. Mam nadzieję, że ta cała sytuacja w końcu się wyjaśni. Nie ma cię w szkole, jakim cudem jesteś do dyspozycji?

     Schowałem telefon do kieszeni, ponieważ znalazłem się na przeciwko dyrektora. Mężczyzna na oko pięćdziesięcioletni stał na przeciwko mnie, swobodnie opierając się o framugę drzwi. Na widok jego twarzy przeszły mnie zimne dreszcze i nerwowo przełknąłem ślinę. Wyraz, który przybrał nie dawał mi nadziei na coś pozytywnego.
   -Xiao Luhan, uczniu drugiej klasy szkoły imienia Ksumete Shiwo, zostałeś wybrany, by przewodniczyć srebrnej drużynie Wiss. Mamy nadzieję, że doprowadzisz ich do zwycięstwa.
   -N-nie rozumiem - wyjąkałem. 
   -Zostałeś oficjalnie wytypowany przez salvajów, będziemy zaszczyceni jeśli zgodzisz się przyjąć od nas parę wskazówek dotyczących przebiegu gry i walki z rywalami - mężczyzna ukłonił się, po czym odsunął od drzwi, zapraszając mnie do środka. Całkowicie oszołomiony i zdezorientowany wszedłem, aczkolwiek niepewnie..
   -D-dyrektorze... nadal nie rozumiem o co chodzi. Jaka gra? Jaka srebrna drużyna? - usiadłem na krześle, które mi wskazał. -I że ja mam czemuś przewodzić? - mimowolnie poczułem rozbawienie. Wiedziałem, że kompletnie nie nadaję się do bycia liderem.
   -Rodzice ci nie mówili? - był wyraźnie zaskoczony. Pokręciłem głową, a on potarł dwoma palcami podbródek. -Cholera... to nam utrudnia całą sytuację.


20 listopada 2015

Do you trust me? 01

   Dla Sehuna każdy kolejny dzień był jeszcze gorszy od poprzedniego. Zewsząd otaczała go nicość, starał się iść wciąż w jednym kierunku, ale nie mając punktu odniesienia, szybko się pogubił. Nie wiedział czego szukał.
   Czuł się jak zwierze w cyrku. Był kompletnie zdezorientowany, ale coś pchało go do działania. W jego głowie była jedna jedyna myśl, która pod żadnym pozorem się nie zmieniała. Czasami nawet pojawiała się, gdy zamykał oczy, bądź śnił. Mianowicie - przeżyj. Jedno krótkie słowo, które sprawiało, że był w stanie iść bez przerwy, bez jedzenia i wody, przez kilka dni, oczekując... raju? Ratunku? Być może końca tej pieprzonej pustyni, końca piasku, parzącego jego stopy, na których pojawiły się bolesne pęcherze i końca życia bez Boga. Czuł się przez niego opuszczony. Jak gdyby to właśnie on porzucił go na tym pustkowiu i kazał szukać, żyć, przetrwać, radzić sobie samemu. Zastanawiał się czy właśnie tak wygląda piekło, a jeśli nie, to czy jest blisko śmierci i wkrótce do niego trafi.
   Blondyn obserwował gwiazdy. Noc na pustyni była cholernie zimna, ale on jakby był na to odporny. Nie chował się. Po zapadnięciu zmroku kładł się na piasku i patrzył w niebo. Wbrew pozorom nie było tak źle. Było niesamowicie beznadziejnie, ale dało się wytrzymać. Rozłożył się wygodnie, rozciągając wszystkie kończyny i podkładając ręce pod głowę. 
   Choć czuł rwący ból we wszystkich mięśniach, potrafił cieszyć się z momentów takich jak ten. Odnajdywał wzrokiem różne konstelacje i nadawał im swoje nazwy. Poprzedniego dnia kreślił palcem ich kształty, łącząc ze sobą świecące ciała niebieskie, ale dziś nie miał na to siły.
   Jego myśli zajął pierwszy wieczór w tym miejscu. Minęły już cztery dni, a tajemniczy mężczyzna, który mu pomógł, nie dał znaku życia. Przecież on także musiał się gdzieś tutaj błąkać, prawda? Dlaczego nie został z nim i nie spróbował połączyć sił w szukaniu ocalenia?
   Najprostszym rozwiązaniem było wmówienie sobie, że cała ta chora sytuacja to był sen, z którego nie potrafił się obudzić. Jednak coś nie pozwalało mu w to wierzyć. Czy sen mógłby być tak realistyczny? Czy pamiętałby zapach mężczyzny, jego dotyk oraz głos? Każde wypowiedziane przez niego słowo co wieczór przebiegało Sehunowi przez myśli. Być może właśnie dla tego głosu chciał gdzieś dojść. Nie wiedział gdzie się znajdował, ani ile czasu zajmie mu dojście dokądkolwiek, ale był pewny, że gdzieś istnieje miejsce, w którym będzie mógł zostać i znów go spotkać.
   Chłopak powoli odpływał, usypiany przez pikanie dziwnego urządzenia. Przypominało to, które wydawało dźwięki w rytm bicia serca nieprzytomnego człowieka, choć niezupełnie.
     Pik. Pik-pik.
   Zamknął oczy, uspokajając się, że to tylko jego omamy. Przecież był tu sam, prawda? Nikt (nic) za nim nie szedł.
    Pik.
   Po paru sekundach jego zmęczone ciało rozluźniło się, a oddech unormował. Tymczasem odgłos zbliżał się do niego. Jakiś cień zamajaczył nad jego sylwetką.
     Pik. Pik-pik.
     Widzimy cię.
     Pik.

***

   Południe. Najgorętsza pora dnia. Sehun zapewne niemiłosiernie by się pocił... gdyby miał czym. Był odwodniony, zaprzedałby duszę, by móc napić się czegokolwiek. Skóra na jego twarzy stała się sucha, szorstka i bał się zobaczyć jak wyglądał. Po dotyku czuł, że włosy stały się matowe oraz tłuste, co niekoniecznie mu się podobało.
   Blondyn ociężale stawiał stopy na piasku. Szedł przed siebie, tam gdzie go nogi poniosą z nadzieją, że zdanie się na instynkt coś da. Zasłaniał dłonią oczy przed słońcem, które potwornie go raziło. Czy choćby raz to głupie zaćmienie nie mogłoby się na coś przydać? Chciał oblizać usta językiem, by dać ukojenie spękanym wargom. Prychnął. Miał dość tej pieprzonej sytuacji. Miał ochotę się rozpłakać, usiąść i schować głowę między kolana. Miał ochotę się poddać. Ale nie był gotowy na śmierć. Musiał przeć na przód.
   Usłyszał coś.
   Błyskawicznie odwrócił się i jedynym co ujrzał była znikająca blond czupryna za wydmą. Cholera.
 -HEJ! - wykrzyknął, rzucając się w pościg. -Zaczekaj! Stój, rozumiesz?!
   Mimo swojego zmęczenia, Sehun naprawdę szybko biegł. Z łatwością dogonił chłopaka, który wyglądał na przerażonego całą sytuacją. Złapał go za ramię i szarpnął do siebie.
 -Skąd przyszedłeś? Boże, jesteśmy niedaleko jakiejś osady? - niższy odepchnął go od siebie i spróbował znów mu uciec. -Dlaczego uciekasz? Nie chcę cię skrzywdzić!
   Zaczęli się szarpać. Sehunowi naprawdę zależało, by nie dać dziwnemu chłopcu uciec. Przecież... przecież był tak blisko ratunku. Nie mógł pozwolić sobie zaprzepaścić tę szansę, przez takiego gnojka. Jak on w ogóle śmiał zostawiać go na pastwę losu, widząc stan w jakim się znajdował? Chłopiec zamachnął się prawą ręką i uderzył Sehuna prosto w nos. Blondyn zachwiał się na nogach. Upadł na gorący piasek, po czym zaczął się turlać w dół wydmy. W ostatniej chwili złapał niższego za nogę i pociągnął go za sobą.
   Ostatnim co poczuł był mocny kopniak w głowę.

20/?

Utracony oddech to nic. Jeden da się przeboleć, jeden nic nie znaczy, jeden jest jak ziarenko piasku na pustyni. Jestem utracony oddech to niewiele - a jednak potrafi zabić. Sehun oddałby wszystko, by cofnąć czas i zobaczyć swojego pięknego chłopaka, który samodzielnie oddychał. Który w jakiś sposób pokazywał, że żył oprócz maszyny, która pikała w rytmie jakim biło jego zmęczone, małe serduszko.

19/?

Luhan podążał wzrokiem za sylwetką wychodzącego mężczyzny. Był zawiedziony. Kilka dni temu Oh obiecał mu, że będzie się nim opiekował oraz nie pozwoli, by stała mu się krzywda, a teraz? Zostawia go z tą wredną dziewczyną, która od samego początku go nienawidziła. Bał się tego, jak na niego patrzyła oraz znaczenia słów, wydobywających się z jej ust.
-Już zostawił cię samego, huh? - powiedziała niby zatroskanym głosem. Lu chciał, by zostawiła go w spokoju. Pragnął samotności. W tej chwili mógłby się rozpłakać, gdyby nie jej obecność. -Mówiłam, że tak będzie. Ostrzegałam cię przed tym. Sehun traktuje wszystkich otaczających go ludzi ja rzeczy. Nikt go nie obchodzi prócz niego samego. Zrozumiesz to w końcu, czy dalej będziesz pchał się do niego na siłę?
Nie odezwał się. W ciszy przetwarzał jej słowa na nowo, próbując znaleźć w nich coś miłego, jakieś ziarenko nadziei, czegokolwiek pozytywnego.
-Uh, pewnie myślałeś, że będziesz dla niego kimś wyjątkowym. No cóż, życie to nie film, żebyś grał główną rolę i zmieniał człowieka pokroju Sehuna. Jego nie da się zmienić. Nieważne co zrobisz, on i tak nie będzie zainteresowany. Znam go o wiele dłużej niż ty.

31 października 2015

So... don't you know me?

 ۞
 ҉҉҉Obiekt 047 rozpoczął proces stopniowego odzyskiwania pamięci. Uważamy, iż nadeszła pora zwiększenia mu liczby obserwatorów, lecz wciąż czekamy na ostateczną decyzję pana. Obawiamy się niespodziewanego ataku ze strony agresorów podczas naszego zwlekania. Tymczasem brak jakichkolwiek objaw przywrócenia mocy.
҉҉҉҉҉Obiekt 032 bez zmian. Pan zakazał nam zbliżania się do niego.
҉҉҉҉҉Obiekt 005 wykazuje agresywne nastawienie do naszego podwładnego. Nie chce przyjąć do wiadomości otaczającej go rzeczywistości. Wzbrania się przed współpracą. 
҉҉҉҉҉Obiekt 011 zderzył się z dwoma wymiarami. Zobaczył hyoji, przez co jeden z naszych obserwatorów ujawnił swoją obecność. Obiekt uciekł. W mieszkaniu zastał przerażający widok, który był naszym karygodnym błędem. Powinniśmy byli temu zapobiec. Obawiamy się, że jeśli tego nie naprawimy, przyspieszy to cały proces. 
҉҉҉҉҉Obiekt 128
  ۞

-Luhan-hyung! 
Brunet powoli odwrócił się w kierunku źródła dźwięku. Zauważył biegnącą truchtem dziewczynę, jedną z członkiń zespołu, do którego należał. Nie potrafił przypomnieć sobie jej imienia. W grupie było dużo osób, a on dołączył do nich niedawno. Poza tym wolał skupić się na uczeniu układu, aniżeli poznawaniu nowych ludzi. Przybrał na twarz leniwy uśmiech i kiwnął do niej głową.
-Chciałam cię pochwalić - zaczęła, a na jej policzkach rozkwitł lekki rumieniec. -Bardzo szybko opanowałeś to nad czym wszyscy długo pracowaliśmy i wychodzi ci naprawdę świetnie... Może mógłbyś pomóc mi popracować nad ruchami, z którymi mam problem?
Chłopak uśmiechnął się szerzej słysząc komplement, który sprawił mu przyjemność. Uwielbiał, gdy inni podziwiali jego umiejętności. Głównie dlatego ćwiczył wszystko do perfekcji. Zależało mu na tym, by być najlepszym. Bo co to za byt, gdy nie stawia się sobie wysoko poprzeczki? 
-Pewnie, ale nie dzisiaj - 

25 października 2015

18/?


Znajdź, obserwuj, śledź. Nie możesz go spuścić z oczu nawet na sekundę. To gra, Sehun. Jeśli nie złapiesz go pierwszy, on dorwie ciebie. Masz go ubezwłasnowolnić, sprawić, żeby cierpiał. Jeśli powiem, że był niegrzeczny, masz wymierzyć mu odpowiednią karę. Inaczej kara spotka ciebie. Ostateczną twoją powinnością jest zabijanie. Nie bój się tego. To normalna kolej rzeczy. Zabijasz innych, by zmniejszyć ryzyko prawdopodobieństwa, że oni zrobią to twoim bliskim. To wojna, synku. A na wojnie nie można przestrzegać reguł, ponieważ z góry staniesz się przegranym. Nie można też dezerterować. Wtedy staniesz się nikim, głupim ścierwem, a ja cię znajdę. Obrócę się przeciw tobie. Obaj byśmy tego nie chcieli, prawda?


        -Wejdź - stanowczy głos rozbrzmiał po drugiej stronie mahoniowych drzwi. Blondyn wszedł do pomieszczenia. Od razu wyczuł zapach dymu papierosowego zmieszanego z drogimi perfumami i drażniącym zapachem kadzidełek. Mężczyzna, z którym miał się spotkać siedział na fotelu, a na przeciwko niego jego znajomy. Obcy czuł się zupełnie swobodnie przy szefie. Sehun wywnioskował, że łączą ich zażyłe relacje, Rzadko kiedy widywał ludzi, zachowujących się tak, jak to robił ten facet. Szybko ogarnął spojrzeniem cały pokój, który znał na pamięć, po czym leniwym krokiem ruszył do swojego ojca. Stanął przy nim na baczność. -Sehun, proszę, poznaj mojego przyjaciela. Taemin, to jest właśnie mój syn, o którym ci opowiadałem.
     Blondyn skinął głową w geście przywitania, na co mężczyzna lekko się uśmiechnął. Oboje przez chwilę obserwowali nawzajem swoje sylwetki. Hun robił to z każdym, by zapamiętać na przyszłość wygląd potencjalnego zagrożenia. Miał doskonałą pamięć, więc jeśli przyglądał się komuś przez kilka minut, nie miał prawa go zapomnieć. Chłopak uznał, że rozpoznanie Taemina na ulicy będzie dziecinnie proste, gdyż jego uroda dość mocno wbijała się w pamięć. Jego twarz do złudzenia przypominała twarz kobiety i gdyby nie te krótkie, blond włosy śmiałby stwierdzić, że ojciec znalazł sobie nową kochankę.
        -Tae zawarł z nami układ. Chce, żebyśmy pozbyli się właściciela konkurującej z nim firmy. Zanim jednak zabierzemy się do realizowania tej misji, chcę, żeby wybrał sobie osobę, która to wykona. W geście ułatwienia wyboru zwołałem naszych najlepszych zabójców. Jesteś jednym z nich, a że pokładam w tobie ogromne nadzieje, wspaniałomyślnie pozwoliłem ci wejść na sale ćwiczeń w naszym towarzystwie.
     Sehun pomyślał, że ojciec zrobił to z czystej chęci manipulacji. Jeśli wejdzie na salę ćwiczeń w ich towarzystwie, uczniowie znienawidzą go jeszcze bardziej, a przecież nie mógł odmówić szefowi. Druga rzecz, którą mógł osiągnąć to, to, że zleceniodawca wybierze do tej roboty właśnie jego. A czyż to nie będzie dumą dla ojca, że jego syn jest najlepszy w rodzinnym fachu? Chłopak nie miał nic do powiedzenia, więc jedynie skinął głową, wpatrując się w zimne oczy ojca.
        -Minho, skarbie, nie strasz tego dzieciaka aż tak bardzo - jęknął Min i wstał z miękkiej sofy, która skrzypnęła szczęśliwa, że nie musi dźwigać ciężaru. Blondyn uśmiechnął się kpiąco, stając naprzeciwko młodszego. Chwycił jego podbródek dwoma palcami, a Sehun, przyzwyczajony do traktowania go jak rzeczy na sprzedaż, ani drgnął. Nie robiło to na nim wrażenia. -Sądzę, że nie dałby rady nacisnąć spustu, nie czując wyrzutów sumienia. A każdy wie co to piekielne odczucie robi z człowiekiem.
        -Gdybym kazał mu w tej chwili zabić cię, zrobiłby to w ciągu dwóch sekund, uderzając cię w splot mięśni, byś stracił przytomność - ton ojca był zimny. Oh wyczuł w nim nutkę groźby i wyzwania. Lubił chwalić się swoimi doskonałymi żołnierzami, więc bez skrupułów pozwoliłby sobie na mały pokaz. -Zademonstrować?
     Taemin spojrzał uczniowi głęboko w oczy i zmarszczył lekko brwi, kalając swoje nieskazitelne czoło okropną zmarszczką. Zastanawiał się czy warto ryzykować życie, by bronić swojego honoru, jednakże nigdy zbytnio nie przykładał wagi co do tego.
        -Zrezygnuję. Tymczasem chcę poznać innych kandydatów, których dla mnie wybrałeś - zacmokał. -Mam nadzieję, że będą wyglądali na groźnych.
     Starszy obrzucił Sehuna drwiącym spojrzeniem. Chłopak nie zdziwił się jego zachowaniem. Wszyscy reagowali dokładnie tak samo, gdy mieli z nim do czynienia. Ich sposób myślenia zmieniał się o 180 stopni dopiero po pokazaniu przez niego do czego jest zdolny. 
        -Dobrze - ojciec Huna wystawił do swojego gościa ramię. -Chodźmy ich przetestować.
     Nie zwracając więcej uwagi na najmłodszego, ruszyli w stronę drzwi. Oh szedł równym tempem za nimi i przysłuchiwał się ich swobodnej rozmowie. Szef rzadko kiedy był przy kimś rozluźniony, a jeszcze rzadziej się śmiał. Uczeń wiedział jednak, że w miejscu, w którym obecnie się znajdowali, wszyscy byli świetnymi aktorami. Pierwsza zasada w jego kodeksie? By przeżyć ufaj tylko sobie.
     W trójkę weszli na ogromną salę ćwiczeń. Na środku znajdowało się miejsce na ćwiczenie różnych sztuk walk, a naokoło ustawione były trybuny. Wszystkie miejsca były zajęte. Oczy większości uczniów zwróciły się w ich stronę, a widząc szefa, natychmiast stanęli na baczność.
        -Di Sola, Da Ni Neta¹!
     Równy chór głosów rozniósł się echem.
        -Niech krew na waszych rękach będzie waszą chwałą! - leniwy uśmiech rozkwitł na twarzy szefa. Był zadowolony z poziomu swoich uczniów. 



¹Di Sola, Da Ni Neta - formalny okrzyk powitalny w szkole. Coś na kształt 'chwała krwi, krew nie hańbi'

16 października 2015

Bohaterowie

Xiao Luhan
Lat 20








Widzisz ten księżyc? Co miesiąc opowiada jedną i tą samą historię od nowa, chociaż niewiele osób to zauważa. Siedzę co noc na dachu, by móc rozkoszować się jego tragedią, ponieważ ja wciąż mam szansę na zmianę. On został skazany na wieczną tułaczkę po nieboskłonie. Codziennie zostaje zepchnięty na bok przez uwielbiane słońce, by za kilka godzin wrócić i pozwolić sobie na kolejną dawkę cierpienia. Podejrzewam, że kiedyś musiał być urodziwym mężczyzną, który zranił zbyt wiele kobiet. Przypomina mi ciebie. Nie zniósłbym momentu, w którym miałbyś zostać księżycem dla innej planety. Chciałbym zostać wtedy słońcem, które goniłoby cię pomimo przeszkód. Nie poddałbym się.




Oh Sehun
Lat 22




















Spójrz mi w oczy. Tęczówki to głębia, której nie da się zilustrować. Obrazy nie oddają czci i piękna najważniejszej części człowieka. Oczy to najszlachetniejsza rzecz, której nie da się podrobić. Widziałeś kiedyś dwie osoby o tych samych otoczkach? O tej samej barwie czy też kształcie tęczówek? Nie? Ja, szczerze powiedziawszy, nie chcę. Mama powtarzała mi, że gdy spojrzy się głęboko w czyjeś oczy można dojrzeć duszę. Proszę, zrób to. Chcę stać się tobie bliski, chcę byś dowiedział się rzeczy, które nigdy nie przeszłyby przez moje gardło. Być może, kiedy to zrobisz, zakochasz się. Tak samo, jak ja w tobie.



Kim Jongin

Lat 21



Mój cel w życiu? To proste. Pragnę spróbować dosłownie wszystkiego, by wiedzieć, że to co zostawiam na ziemi nie jest dla mnie aż tak ważne, by starać się przeżyć. Chce znaleźć coś, co pozwoli mi wierzyć, że jest jeszcze dla nas jakaś nadzieja. Że śmierć nie czeka na nas tuż za rogiem. Że mogę wyjść z domu, nie obawiając się żadnego zatrzymania przez straż. Nie, źle to sformułowałem. Chcę mieć dla kogo walczyć w powstaniu. Poznając ciebie, zauważyłem, że coraz lepiej idą mi ćwiczenia. Coraz mniej się boję, bo wiem, że ty boisz się jeszcze bardziej. Moje serce wybrało ciebie bez pytania nas obu o zgodę, więc pójdę za jego przykładem i sprawię, że będziesz moją własnością. Twoje zdanie się nie liczy.





Do Kyungsoo
Lat 23






Strach powoduje, że albo podejmujesz szybkie i właściwe decyzje, albo paraliżuje całe twoje ciało. Jest potrzebny, gdyby nie on, nie rozumielibyśmy powagi sytuacji, w której się znaleźliśmy. Przyzwyczaiłem się do niego. To normalne, że wciąż jest obok mnie, mimo, że nie widzę zagrożenia. Mam świadomość, że coś gdzieś na mnie czyha, nieważne co to jest. Czuję oddech na swoim karku, słyszę kroki, choć gdy się odwracam nikogo za mną nie ma. Odkąd spędzam z tobą czas, strach jest spychany na drugi plan. Twoja dłoń na moim ramieniu dodaje mi otuchy, przepędzając wszystkie wymyślone przeze mnie zmory. Sądzę, że powinniśmy razem zamieszkać. Nie, żebym bardzo tego chciał, po prostu mam dość życia, ukrywając się.









Park Chanyeol
Lat 22







Kot, którego przygarnęliśmy wymaga dużo troski, opieki i ciągłej obecności przy nim. Nie lubi być sam. Gdy nie odpowiada mu miejsce, w którym go głaszczę wystawia pazurki i drapie mnie po rękach. Jest hałaśliwy, miauczy mi do ucha w środku nocy. Choć muszę wcześnie rano wstać do pracy, żal mi go wyrzucać do innego pokoju. Biorę go wtedy na ręce i siadam z nim na łóżku. Czasem śpiewam mu kołysanki. Mimo, że nie rozumie ich przesłania, działają na niego. Chciałbym, byś został moim kotkiem. Mógłbym być przy tobie podczas twoich koszmarów, szeptać ci do ucha czułe słówka, które pomogą ci odpłynąć do przyjemnej krainy. Chcę wiedzieć, gdzie mogę cię pogłaskać, nie bojąc się tego, że mnie podrapiesz. Nauczysz mnie?







Byun Baekhyun
Lat 21





Wiesz jak to jest żyć w ciągłym poczuciu winy? wiesz jak to jest krzywdzić samego siebie, chociaż to i tak zbyt mało w porównaniu z tym co zrobiłeś swojej siostrze? Mam dość ciągłego przypominania sobie jej smutnych oczu, jej drżących ust, wypowiadających 'kocham cię' w moją stronę jako słowa pożegnania. Uważałem, że dobrze robię wydając strażą jej związek z inną dziewczyną. Wydawało mi się, że zasady, które nas zobowiązują są właściwe. Myślałem, że miłość jest niedozwolona, parszywa i niepotrzebna. Zawsze powtarzano mi, że tego nie wolno czuć. Że jeśli zobaczę kogokolwiek wyrażającego swoje uczucia mam niezwłocznie wydać go na śmierć. Myślałem, że robię właściwie. Ale w końcu sam zakochałem się w mężczyźnie i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Jestem obrzydliwy. Jestem nienormalny. Jestem chory. Moją chorobą jest miłość do ciebie. Pomożesz mi ją zrozumieć?

11 października 2015

To tylko gra

  Łzy znaczyły swoją drogę na moich policzkach, spływając do brody i skapując na podłogę. Wszystkiemu towarzyszył cichy odgłos pociągania nosem. Siedziałem skulony na parapecie z opartą głową o szybę. Wpatrywałem się w park, gdzie dobrą godzinę temu zniknął mój przyjaciel. Padał rzęsisty deszcz i zapadał zmrok, przez co niewiele widziałem.
  Głośny trzask drzwi wejściowych, sprawił, że drgnąłem przestraszony. Rozejrzałem się na boki i chwyciłem wazon, by mieć czym się obronić. Cicho postawiłem nogi na podłodze, po czym zacząłem iść w stronę korytarza.
 -Lu.
  Słysząc jego głos upuściłem wazon na ziemię, który w zetknięciu z twardą powierzchnią rozbił się na małe kawałeczki. Biegłem do niego, nie zważając na to, że raniłem swoje bose stopy, stąpając po ostrych częściach. Zatrzymałem się w przejściu i spojrzałem na ciemny zarys jego postaci. W ten sposób upewniłem się, że to naprawdę on. Moje serce wykonało kilka fikołków, a z gardła wydobył się głośny szloch ulgi.
  Chłopak wyciągnął do mnie swoje ręce, a ja nie kontrolując swojego ciała, rzuciłem się w jego ramiona. Nogi ugięły się pode mną, gdy uświadomiłem sobie, że naprawdę wrócił cały i zdrowy.
 -Powinieneś zamykać drzwi na klucz - wytknął mi. -Co gdyby któryś z nich przyszedł przede mną?
 -Wiedziałem, że wrócisz - wyszeptałem w jego przemoczoną bluzę i wtuliłem w nią swoją twarz.
 -Mogłem nie wrócić.
 -Zawsze dotrzymujesz słowa.
  Pokręcił głową, ciężko wzdychając. Odsunął mnie od siebie i zamknął drzwi na klucz. Czułem, że coś było nie tak, zachowywał się inaczej niż zwykle. Złączył nasze palce, po czym pociągnął mnie w stronę sypialni. Gdy przechodziliśmy obok okna, światło padło na jego twarz, dzięki czemu ujrzałem krew spływającą po jego brodzie i nosie.
 -P-pójdę po apteczkę.
 -Nie - uścisk na mojej dłoni nabrał na sile, co sprawiło mi ból, ale nie okazałem tego.
 -Sehun, to trzeba opatrzyć - jęknąłem.
 -Nic mi nie jest - znów pociągnął mnie w stronę łóżka. -Chodźmy spać, to był długi dzień.
  Położyłem się na meblu i przyciągnąłem nogi pod brodę. Łzy znów zaczęły spływać po moich policzkach, ale nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Obserwowałem przyjaciela, który ściągał bluzę i wycierał nią swoja twarz. Chwilę później położył się obok mnie. Czułem jego oddech na swojej twarzy oraz to, że ręką gładził moje włosy.
 -Płaczesz? - spytał spokojnym głosem. Nie odpowiedziałem. Sehun podążył dłonią od mojej brody, przejeżdżając opuszkami palców po ustach, aż dotarł do mokrych policzków. Jego dotyk koił moje skołatane nerwy.
 -Nie płacz, nienawidzę kiedy to robisz.
 -A ja nienawidzę kiedy mi rozkazujesz - warknąłem, odsuwając się od niego na drugi koniec łóżka. -I kiedy udajesz, że wszystko w porządku, chociaż widzę, że tak nie jest.
 Chłopak przysunął się do mnie i ujął moją brodę w palce. Przybliżył twarz do mojego ucha i szepnął:
 -Jeśli jestem z tobą wszystko jest dobrze.
 -CIĘCIE! -

The Group of Energy - Prolog

  W 1350 roku ludzie zdobyli nową umiejętność. Potrafili uwolnić swoją energię życiową w postaci nikłej strużki światła, która nabierała barwę zgodną z ich intencjami. Na początku zjawisko buntowało się, wsiąkało w ziemię, wracało do właściciela lub pochłaniała je osoba stojąca niedaleko. Człowiek pozbawiony energii najzwyczajniej w świecie zapadał w śpiączkę, z której już nigdy się nie budził. Dlatego też społeczeństwo podzieliło się na pół: jedna strona była oczarowana potęgą, którą odkryli, a druga strona nienawidziła jej.
  Około dziesięciu lat później nauczyli się jak utrzymać ją na zewnątrz i nie pozwolić jej uciec. Potrafili już także nadawać jej kształty. Jednakże, gdy zaczęto uczyć dzieci na temat niedawno odkrytego potencjału, wydarzyła się tragedia. Małe, niedoświadczone ciałka nie poradziły sobie z utratą nawet najmniejszej ilości energii życiowej, którą zaczęli nazywać Ide - Infinite Destructive Energy. Zginęło wiele młodych potomków, co społeczeństwo odczuło jako ogromny cios. Zakazano wówczas dalszego praktykowania magii.
  Ludzie żyli w spokoju, nikt od dawna nie sięgał po energię, a nawet jeśli to od razu karano taką osobę śmiercią. Rząd nie znał litości. Dopiero po kilkudziesięciu latach, gdy już wszystko odeszło w niepamięć i społeczeństwo żyło teraźniejszością, zorganizowana grupa ludzi wyszła na światło dzienne. Zwołali prasę, urządzili zbiegowisko, a wszystko po to, by wywołać panikę.
  Organizacja mianowała się zakonem Ideenów i głosiła świętość Ide. Uważali, że to był dar od Boga i ludzie nie powinni tego marnować. Wkrótce stali się bardzo popularni. Dopóki nie zagrażali społeczeństwu rząd się nie mieszał. Pozwalał im robić co tylko chcieli, ale gdy wywołali skandal, zwrócił się przeciwko nim. Mianowicie postanowili założyć szkołę, w której uczyliby młodzież od lat piętnastu panowania nad swoją Ide. Ludzie przypomnieli sobie jakie straty ponieśli ostatnim razem, przez co wybuchło nieporozumienie i bunty. Zakon postanowił bronić swoich wartości. By ujarzmić społeczeństwo, które chciało ukarać ich za wspaniałomyślną ideę, postanowili pokazać czego zdążyli się nauczyć.
  Zdołali siłą przekonać wszystkich, że ich plany były świetne. Zabierali z każdego domu dzieci w wieku czternastu lat i przywozili do akademii, by przez rok uczyły się samych teorii, a za rok zaczęli praktykować magię. Oczywiście nie obyło się bez nieszczęsnych wypadków, kiedy to zbyt młody uczeń próbował przywołać energię. Wtedy słuch o nich ginął, a ciała niektórych odnajdywane były w rzekach, bądź lasach rozszarpane na kawałki.
  Mężczyźnie imieniem Minho nie wystarczało samo Ide, pragnął czegoś, ale nikt nie wiedział czego dokładnie. Zadaniem Ideenów było czynienie dobra, pomaganie ludziom w potrzebie, bądź sprawianie, że plony były dobre. Choi chciał czegoś więcej, odkrył, że w akademii nie uczyli ich wszystkiego. Energię można było wykorzystać na różne sposoby, a barwa wydobywająca się z jego strużki była czarna przeplatana krwisto czerwonymi liniami.
  Chłopak zebrał swoich przyjaciół, którzy podzielali jego zdanie i razem uciekli ze szkoły, by praktykować swój własny rodzaj Ide. Ten, który przerażał wszystkich, nawet innych użytkowników energii. Mówiono o nich 'klan Choi', lecz nikt nie wiedział kto dokładnie wchodził w ich skład.
  Oficjalnie nie spodziewano się ataku, który nastąpił od strony zjednoczonych z Minho. Klan pożerał energię ludzi, tym samym zabijając ich i kusząc Ideenów, by dołączyli się do zabawy. Społeczeństwo doznało straszliwych szkód, których nigdy nie odbudowało. Żyło w ciągłym strachu, że atak się powtórzy, choć tak naprawdę dla Choi była to tylko zabawa. Pławił się w zebranej energii życiowej, którą cenił aż nadto. Nie obchodziła go ilość zabitych ludzi, ważny był tylko zysk. Im więcej jej miał, tym był silniejszy.
  Rząd i Ideeni zawiązali rozejm. Ludzie poświęcili kilkadziesiąt swoich silnych jednostek na rzecz stworzenia kilku idealnych, ponad wszystkich osób, które pomogłyby wygrać im tę wojnę. Mistrz Kheenim odprawił rytuał, dzięki któremu powstało dwunastu mężczyzn, których energia była tysiąc razy mocniejsza niż powinna. Na nieszczęście mistrz i parę innych użytkowników Ide straciło swoją moc, a niektórzy zapadli w wieczną śpiączkę.
  Przy ostatecznej walce dwunastka połączyła swoją magię w jedno, czym udało im się pokonać niezwyciężonego Minho, jednak sami zamienili się w proch, gdyż zaklęcie było zbyt mocne jak na ich ludzkie ciała. Choi poprzysiągł powrócić, by dokończyć to co zaczął. Jednak zanim zadali mu ostateczny cios, rozpłynął się w powietrzu.
  Mężczyzna był dosłowny, więc rządu nie zdziwiło to, że dwieście lat później znów dał o sobie znać.

17/?

Luhan czuł się samotny. Mimo, że miał wielu znajomych, nie miał o czym z nimi rozmawiać. Jego światopogląd był zupełnie inny, nie potrafił zrozumieć toku myślenia innych. Gdy był mały, jego mama powtarzała, że gdzieś na świecie istnieje osoba stworzona specjalnie dla niego. Wspierała go kiedy osamotnienie sięgało po niego swoimi długimi, ciemnymi mackami. Nie pozwalała, by zabrało go ze sobą do ponurej rzeczywistości. Broniła go karmieniem złudną nadzieją. Obiecała, że ta wyjątkowa osoba w końcu go odnajdzie, ale nie wyjaśniła jak, ani kiedy.
Ostatni raz widział mamę dokładny rok temu, w zimie. Uwielbiał tą porę roku, ponieważ kochał śnieg. Biały, miękki puch kojarzył mu się z czymś miłym. Lu wraz z rodzicielką codziennie wieczorami wychodzili do parku, by spędzić miło chwile, podziwiając wszystko wokół. Jednak wraz ze śmiercią matki wszystko w jego życiu się zmieniło. Znienawidził zimę oraz wieczorne spacery. Przestał być także takim optymistą jakim był wcześniej.

16/?

Luhan do tej pory jakoś dawał sobie radę z ogarnięciem grafiku. Zrobił to, co musiał, po czym miał jakiś czas na odpoczynek. Taki stan rzeczy bardzo mu odpowiadał, choć bywał czasem zmęczony. Starał się, ale gdy exo stało się popularniejsze, samo staranie nie wystarczało.
Chłopak był cholernie zły na siebie, ponieważ tylko on miał problemy z nadążaniem za resztą. Przy każdym treningu towarzyszyły mu pobłażliwe spojrzenia pozostałych członków. Nie chciał, żeby tak na niego patrzyli. Powinni widzieć w nim równego sobie. Irytowało go opanowywanie nowych ruchów, które za nic nie chciały z nim współpracować. Stał się zgryźliwy. Wszystko przez frustrację wywieraną na nim.
Luhan jak codzień został dłużej w sali treningowej, by trochę poćwiczyć i pokazać innym, że jeszcze się nie wypalił. Wszystko szło mu dobrze, gdyby nie potknąłby się byłoby wręcz idealnie. Ale nie! On zawsze musi coś spaprać!
-Cholera... - warknął do siebie i spróbował wstać. Paraliżujący ból w kostce sprawił, że jednak został na miejscu. -Kurwa!
Z bezsilności zaczęły zbierać mu się łzy pod powiekami

15/?

Kolejny udany występ za Sehunem. Chłopak siedział na miękkim krześle w swojej garderobie, do której zabronił komukolwiek wchodzić. Zawsze po przedstawieniu jakie odgrywał na scenie opanowywał go melancholijny nastrój. Nie miał się na czym skupić, więc ulegał pokusie zanurzenia się w odległe wspomnienia. Nie lubił, gdy mu w tym przeszkadzano.
Machinalnie ocierał chusteczką pot z czoła i karku. Wpatrywał się w jeden punkt na ścianie powracając całym sobą do momentu, który ukazywał mu się w snach pod postacią rozkosznych chwil. Za każdym razem budził się z poczuciem ulatującego szczęścia. Wiedział, że nie zdoła go sięgnąć. Nie po decyzji, którą podjął. Zamiast walczyć o swojego ch

14/?

Sehun szedł w stronę budynku, w którym aktualnie mieszkał. Nienawidził tego miejsca. Wyglądało na przytulne, miłe, choć tak naprawdę było pełne cierpienia, a on musiał je znosić. Oszukiwało ludzi, którzy niczego się nie spodziewając, mijali je. Za grubymi murami co dzień odgrywało się istne piekło. A Hun pełnił rolę potępionej duszy, beznadziejny scenariusz pisany ręką samego demona nie dawał mu chwili wytchnienia.
Zanim otworzył drzwi otuliła go niepewność przeplatana ze strachem. Czy tak musiał wyglądać każdy dzień? Czy musiał żyć tak, jak żył do tej pory? Jego nerwowy chichot rozdarł mrok nocy, a przez szczelinę wychyliła się gwiazdka. Ile razy modlił się do nich o dobry dom? Znów musiał założyć maskę obojętności 

13/?

Luhan szedł ścieżką, która stała się jego drugim domem. Spędzał na niej więcej czasu niż we własnym pokoju. Mimo, iż budziła w nim wiele sprzecznych emocji, nie potrafił zrezygnować z codziennego przemierzania jej. Każda mijająca rzecz przypominała mu dawne życie. Dawny on z pewnością oddałby się wspomnieniom i pozwolił porwać gwałtownym emocją, jakie opanowywały jego ciało jeszcze kilka miesięcy temu. Teraz odwracał od wszystkiego wzrok byle tylko przejść obojętnie. Nie chciał pozwolić sobie na chwilę zapomnienia.
Minął ławkę, na którą przelotnie spojrzał, przez co w jego głowie od razu uformował się obraz dwóch najlepszych przyjaciół radośnie śmiejących się do małej dziewczynki, z którą chwilę temu rzucali się śnieżkami. Poczuł ukłucie bólu gdzieś w okolicach serca, ale równie dobrze mogło mu się tylko wydawać. W końcu jego narząd był z kamienia i nie mógł odczuwać jakichkolwiek emocji, prócz obojętności, doskonale widzocznej na jego miękkich rysach twarzy.
Chłopaka złapały duszności. Czasami zdarzało mu się kaszleć tak, że nie potrafił złapać powietrza, aż w końcu mdlał. Na szczęście zawsze ktoś dzwonił po karetkę i jakimś cudem nic poważnego do tej pory mu się nie stało. Tym razem było podobnie. Czuł drażniące swędzenie w gardle, bolały go płuca. Nie potrafił normalnie oddychać, ale nie przejął się tym. Zawsze był zdania co ma być, to będzie. Szedł dalej, a kaszel stawał się coraz bardziej nieznośny. W końcu przez niedotlenienie jego nogi odmówiły posłuszeństwa i osunął się na ziemię. Jego policzek był przyciśnięty do śniegu, pokrywającego ziemię. Mroczki przed oczami alarmowały przed ponownym zapadnięciem w stan omdlenia. Cholera, nienawidził budzić się potem z kompletną pustką w głowie. Gdyby ten idiotyczny biały puch nie wchodził mu do ust...
-L-luhan? - głos ledwo co dotarł do zamroczonego blondyna. Nie wiedział kto go woła. Może była to jego mama?

12/?

Jestem czymś co przypomina człowieka. Jestem jego imitacją, kompromintującą wersją, czymś co nigdy nie powinno zostać stworzone, a jednak wciąż żyję. Choć to słowo nie jest zbyt trafne. Wolałbym zastąpić je wymuszonym funkcjonowaniem. Oddycham jak każdy, wyglądam jak każdy, mrugam jak każdy, ale nie jestem jak każdy. Różnię się w świecie pełnym ludzi, starających się zaliczyć do kryteriów normy społecznej by nie zwracać na siebie uwagi.
Jestem gejem co jest najważniejszym powodem gnębienia mnie. Czy robię coś złego? Czy jestem jak starzy pedofile i gwałcę małe dziewczynki? Czy kiedykolwiek cokolwiek zrobiłem, żebyście wszyscy odczuwali do mnie nienawiść? Ah, no tak, jak mogłem zapomnieć. Moje istnienie to wystarczający powód. Karzecie mnie na wieczną zgubę, jakbyście mogli zastąpić samego Boga w tym sądzie, ale tak nie jest. A ja wciąż nie rozumiem dlaczego to robicie. Znaleźliście sobie kozła ofiarnego by odciągnąć uwagę od nieidealnych was?
Oddech ratuje mi życie.
Oddech to jedyne co mi pozostało.
Oddech jest moim aniołem stróżem, o którym czasem zapominam.
Idąc korytarzem, nie mogąc znieść szyderczych spojrzeń skierowanych na moją osobę biorę głeboki oddech. Moja brudna, ciemna dusza pełna brzydkich myśli, pogardy dla ludzkich stworzeń staje się prawie przezroczysta. Tak samo prawie umarłem. Mojego istnienia nie można nazwać życiem.
Gdy koledzy urządzają sobie z mojego ciała piłkę do nogi tracę oddech. Z każdą chwilą mam go coraz mniej, ale wciąż próbuję utrzymać.

11/?

  Uwielbiałem śpiewać. Babcia pomagała mi rozwijać pasję i zapisywała mnie w tajemnicy przed rodzicami na różne lekcje śpiewu, gdy u niej bywałem zabierała mnie do opery, do restauracji z muzyką na żywo. Próbowała nakłonić, bym sam poszedł o krok naprzód i spróbował w jakiejś wytwórni muzycznej. Sama, gdy była młodsza zrobiła to samo. Stała się naprawdę popularną piosenkarką, ale nieszczęsny przypadek, o którym nigdy nikomu nie powiedziała odebrał jej tę przyjemność i sprawił, że już więcej nie wydała z siebie melodyjnego głosu. Wkrótce po nim również została przez wszystkich zapomniana.  Uważała, że śpiew, fascynacja nim i talent był u nas w rodzinie od zawsze. Po prostu ominął mojego tatę i ze zdwojoną siłą trafił na mnie.

10/?

Zdenerwowany Luhan szybkim krokiem przemierzał puste korytarze szkoły, w której był po raz pierwszy. Nie wiedział, że bycie nowym uczniem jest takie trudne. Jeszcze raz spojrzał na plan lekcji, który dostał kilka minut temu od miłej pani sekretarki. Niestety nie miał kto go oprowadzić po szkole, ponieważ lekcje już dawno się zaczęły, przez co musiał zdać się na własne szczęście i poszukać odpowiedniej klasy sam. Xiao nie znał standardów żadnej szkoły, albowiem do takowej nie chodził. Nie wiedział czego ma się spodziewać, więc zanim odnalazł salę, w której powinien zjawić się już dawno temu minęło sporo czasu. Blondyn przygotowywał w myślach przeprosiny dla nauczyciela i już miał chwytać za klamkę by otworzyć drzwi, ale te same z siebie to zrobiły. Przy okazji uderzając go mocno w brzuch. Wydał z siebie głośne, mało męskie piśnięcie zaskoczenia oraz bólu, upuszczając książki i kartki, które trzymał.
-Kurwa! - przeklął sprawca całego tego zajścia. Kucnął przy Lu i badawczo mu się przyglądał. -Wszystko w porządku?
Chłopak kiwnął potakująco głową, ale nagłe mdłości sprawiły, że zaraz pokręcił przecząco.
-Chcesz iść do pielęgniarki? - Hana na sam dźwięk tego słowa przeszły ciarki i znów zaprzeczył powoli podnosząc się z klęczek. Oparł się plecami o ścianę by poczekać, aż przestanie mu się kręcić w głowie. To uderzenie było naprawdę silne, zastanawiał się czy ten chłopak chociaż trochę myślał.
-Już... - zrobił przerwę na głęboki oddech. -Już mi lepiej, na-naprawdę.
-

9/?

  Luhan stał przy zielonej szafce obklejonej różnymi naklejkami z boysbandów. Był dumny, gdy patrzył na zbiór nielegalnie naklejonych gołych klat w środku niewielkiego wnętrza. Był chłopakiem, co nie oznaczało, że lubił patrzeć na odstawione laski z wypiętym biustem i tyłkiem. Jemu wystarczała płaski, lekko umięśniony brzuch. No i wybrzuszenie w spodniach.
  Z cichym westchnieniem wyciągnął książki do biologi. Znowu będzie musiał użerać się z tą wredną paniusią, ubierającą miniówki, która zamiast prawdziwych włosów miała perukę o kolorze tlenionego blondu. Ygh. Nie dość, że kazała mu usiąść w pierwszej ławce to upatrzyła go sobie na ofiarę i wytrwale wdzięczyła się do niego, choć dawał jej do zrozumienia, iż to... obrzydliwe.
  Głośny pisk jakiejś dziewczyny sprawił, że wystraszony chłopak upuścił książke na stopy. Skrzywił się nieznacznie i podążył zdenerwowanym wzrokiem w stronę płci żeńskiej, która wydała owy irytujący dźwięk. Minsol, blondynka fangirlująca najpopularniejszą paczkę znajomych w ich szkole, była bliska omdlenia. Trzepotała dłonią przed twarzą, próbując odegnać czerwony rumieniec z policzków, który powstawał na sam ich widok.
  Lu spojrzał na wejście skąd nadchodziło jedenastu przystojnych, młodych i bogatych chłopców. Na ich punkcie szalały wszystkie dziewczyny w szkole, a czasem także chłopcy. Wszyscy próbowali się do nich dostać, ale niewszystkich przyjmowali. W gruncie rzeczy musiałeś do nich pasować, czytaj: być ponad przeciętnie przystojny, mieć motor i móc żyć na własną rękę. Xiao znał tę grupkę lepiej niż by chciał, a to wszystko przez zauroczonego nimi brata, który w końcu się do nich dostał.
  Kris był ich tak jakby przedstawicielem. To do niego należała każda ostateczna decyzja i to on budził w nich największą grozę.
  Suho był z nich najbogatszy. Platynowa karta kredytowa, najdroższe ubrania, załatwianie niesamowitego żarcia i takie tam. Jeśli chciałeś coś kupić, a nie miałeś przy sobie pieniędzy wystarczyło się do niego zgłosić.
  Xiumin. Hm, o nim wiedział niewiele. Uważał go za wredną kluseczkę.
  Lay, wiecznie naćpany koleś, którego kryli.
  Baekhyun był ich słodką stroną. Jeśli chcieli kogoś udobruchać wysyłali jego, a on właczał swoje aegyo i czynił cuda.
  Chanyeol, wiecznie uśmiechnięty wielkolud.
  D.O na pierwszy rzut pka wydawał się straszny i dość poważny, a gdy poznało się go bliżej... nadal był straszny, ale można było na nim polegać jeśli miało się problem.
  Tao - chłopak od niewyparzonej gęby. Taak, to najlepiej go opisywało.
  Sehun o kamiennej twarzy. Rzadko kiedy widać po nim to co czuje.
  Kai. Ulubieniec mamusi. Dziecko kwiat, dziecko hipisów.
  No i Chen, przyrodni brat Luhana. Ukochany hyung Hana, który został mu bezprawnie odebrany. Za to nienawidził Exo, przez nich Jongdae miał dla niego o wiele zbyt mało czasu. Nie siadał z nim wieczorami przed telewizorem i nie pytał jak minął mu dzień, ani czy z czymś sobie nie radzi. Owszem, nadal był troskliwy, ale nie tak jak kiedyś.
  Xiao wywrócił oczami w odpowiedzi na mrugnięcie brata. Mimo, że oficjalnie nie lubił tej grupy i uważał, że są w niej tylko bogate dupki, którym Dae również się stał to nie potrafił oderwać od nich wzroku. W myślach uważał

8/?

  Ból, który czuję jest zadość uczynieniem, prawda? Bóg kara mnie za wielokrotne skrzywdzenie twojej osoby, nie pytając cię o zdanie, bo ty nigdy nie pozwoliłbyś by stała mi się krzywda. Pomimo otwartych ran, strasznie piekących i nadal świeżych, choć minęło wiele dni od ich powstania wciąż byś mnie chronił. Wszechmocny od zawsze miał cię za swojego ulubieńca, a mnie trzymał na uboczu, pozwolił, bym wiecznie potykał się o kamienie i błądził w labiryncie grzechów. Niestety nie odnalazłem dobrej drogi, ale znalezienie ciebie było jak znalezienie wyjścia. Nie miałem prawa niszczyć twojego ułożonego życia, nie miałem prawa wtargnąć w twoje środowisko. Ja - biedny, z patologicznej rodziny, której tak naprawdę nie miałem. Ale jednak to zrobiłem, zakłóciłem twój spokój. Nikt nie był z tego zadowolony, ale ty nikogo nie słuchałeś. Byłem o ciebie zazdrosny, nie rozumiałem dlaczego jedni mieli więcej, a drudzy mniej. Przecież nie różniliśmy się tak bardzo, by oddzielała nas głeboka przepaść. Poznając cię bliżej zauważyłem, że nie zależało ci na pieniądzach. Nie uszczęśliwiały cię w najmniejszym stopniu. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. To działało również w drugą stronę, ty nie rozumiałeś dlaczego każdy grosz miał dla mnie taką wartość.
  Ciągniesz mnie za rękę w stronę pobliskiej

7/?

Pakowałem wszystkie rzeczy osobiste, które miałem w pokoju. Wszytkie ubrania poskładałem starannie w kostkę i wrzuciłem do walizki. Zapatrzyłem się na misia, z którym od dzieciństwa się nie rozstawałem. Czy mogę go również wziąć do internatu? Mimo tego, iż wiedziałem, że z pewnością mnie wyśmieją spakowałem go. Tak, mam prawie osiemnaście lat i nadal śpię z wypchanym pluszakiem. Nie byle jakim. Mianowicie nazwałem go Sew, miał mięciutkie różowe futerko, które uwielbiałem gładzić gdy byłem zdenerwowany i niebieskie oczy zrobione z guzików. Kiedyś zakładałem mu spodnie dla małych dzieci, ponieważ myślałem, że jest do mnie bardzo podobny, a ja nie chciałbym chodzić nago. Ale w końcu zrezygnowałem z tego nawyku, bo troszeczkę wydoroślałem. Tylko troszeczkę.
Omiotłem spojrzeniem całe pomieszczenie, chcąc sprawdzić czy aby na pewno wszystko spakowałem. Poczułem żal. Musiałem zostawić to miejsce na długi czas, a przeżyłem tutaj całe swoje życie.

Do you trust me? 00

Ucieczka to odruch. Ucieczka to próba przetrwania. Ucieczka to tchórzostwo. Ucieczka to jedyne co zostało mi do zrobienia.
     Nie pamiętałem niczego.
  Urodziłem się jako dorosły mężczyzna na pustyni.
     Nie miałem niczego.
  Prócz koszyka leżącego obok mnie z butelką wody i kartką papieru z napisem 'Sehun'. Pismo było staranne, ten kto mnie tam zostawił najwyraźniej czuł pełną swobodę.
     Wokół nie było niczego.
  Obudziłem się na cholernym pustkowiu. Gdzie okiem sięgnąć nie było widać choćby cienia cywilizacji. Tylko piasek, prażące słońce i gorące powietrze.
     Byłem obolały.
  Moje mięśnie rwały jakbym dzień wcześniej odbywał wykańczający trening. Nie potrafiłem nawet poruszyć palcami. Czułem jak krople potu spływały po moim karku i czole. W ustach miałem sucho, drobinki piasku osiadły mi na zębach. Próbowałem zwilżyć wargi językiem, ale to niczego nie dało. Gdybym tylko mógł sięgnąć po butelkę...
  Nagły ból głowy przeszył moją czaszkę na wskroś. Sprawił, że przestałem cokolwiek widzieć, próbowałem popatrzeć w inną stronę, otworzyć szerzej powieki, ale nadal wokół panowała ciemność. A może tylko straciłem przytomność.
 -Spokojnie, jestem tu, żeby ci pomóc.
  Głos był niski, rozległ się gdzieś niedaleko. Poczułem jak na sam jego dźwięk napinają się moje mięśnie, automatycznie przygotowywałem się na ucieczkę. Nie mogłem zrozumieć reakcji mojego ciała. Czy było się czego obawiać? Nawet jeśli to nie miałem żadnych szans na zrobienie czegokolwiek. 
 -Jeśli będziesz robił to co powiem bez sprzeciwiania się to obiecuję, że szybko poczujesz się lepiej.
  Ktoś uklęknął przy moim prawym boku i dotknął moich ramion. Objął je zimnymi palcami delikatnie gładząc i sprawiając, że przechodziły mnie dreszcze.
 -Nadal reagujesz na bodźce, bałem się, że będzie gorzej. Otwórz usta.
  Postanowiłem zaryzykować, bo dlaczego nie? Co miałem do stracenia? Uchyliłem lekko wargi, a on złapał mnie za brodę i położył mi na język płatek, który przy zetknięciu się z mięśniem natychmiast roztopił się mieszając ze śliną.
 -Dobrze, teraz przyłożę ci do ust butelkę z wodą. Na pewno jesteś spragniony.
  Chwycił moją głowę oburącz i uniósł, kładąc na swoich kolanach. Gdy coś zimnego otarło się o moje wargi od razu zacząłem łapczywie połykać wodę, która cudownie spływała po moim suchym gardle. Uczucie było niesamowite, skupiłem się na nim, przez co prawie nie zauważyłem, że obcy trzymał dłoń w moich włosach i delikatnie je gładził. Połowa cieczy spłynęła mi po brodzie, zapewne mocząc spodnie mężczyzny.
 -Nie wiem jak mogłem pozwolić im zrobić ci takie świństwo...
  Co... Co. Co?
  Odkaszlnąłem dwa razy zanim udało mi się wykrztusić chociażby cichy jęk.
 -D-dlaczego nic nie widzę? - zabrzmiałem obco. Wzdrygnąłem się przestraszony dźwiękiem swoich słów.
 -Tak jest bezpieczniej, Sehun-ah. Jeśli nie znasz mojego wyglądu - nie mogą nam nic zrobić, rozumiesz? W ten sposób dbam o twoje bezpieczeństwo.

Broken Doll

Chaotyczne wspomnienia Sehuna:') Nie są po kolei, spróbuj odgadnąć które jest którym.

1.
  Chwyciłeś mnie za rękę, odciągając od znajomych, z którymi właśnie rozmawiałem. Nie wyjaśniłeś gdzie idziemy, po co ani dlaczego, a ja nie pytałem. Robiłem to co chciałeś, od zawsze tak było. Pamiętasz? Niezależnie od moich upodobań pozwalałem tobie o wszystkim decydować. 
Wepchnąłeś mnie do pierwszej lepszej klasy i podłożyłeś pod drzwi krzesło, by nikt nie mógł nam przeszkodzić. Twoje oczy patrzyły na mnie, ale jakby nie widziały mojej osoby. Patrzyłeś przeze mnie. Chwyciłeś dwoma palcami mój podbródek i przyciągnąłeś do siebie czule muskając moje usta. Twój dotyk był kojący. Kilka dni temu na pewno rozpłynąłbym się.
Oczekiwałeś jakichkolwiek uczuć ode mnie do ciebie, prawda? Brakowało ci ich? Zaczynałem Cię powoli niszczyć? Czy już wtedy mnie nienawidziłeś?
Wplątałeś jedną dłoń w moje gęste włosy, a drugą położyłeś na moim biodrze, popychając mnie do tyłu na ławkę. Pozwoliłem Ci na to, nic się nie zmieniło, ale jednak odczuwałeś, że coś jest nie tak. Tak dobrze mnie znałeś? Zauważyłeś tę jedną rysę na mojej nieskazitelnej powierzchni?
Oparłem się łokciami o drewno, gdy ty wdrapywałeś mi się na kolana. Widziałem w twoich oczach bezdenną rozpacz. Czy tak właśnie wygląda osoba doprowadzona przez ukochanego do skrajnej histerii? Czy aż tak ci na mnie zależało?
-Sehun, proszę - jęknąłeś na wpół płacząc, a na wpół starając się być pociągającym. Nie wiedziałeś co zrobić, by mnie przy sobie zatrzymać. To był twój ostatni pomysł, po którym miałeś w końcu dać za wygraną. -Weź mnie całego. Chcę być tylko twój. Kocham Cię... Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli. Kurwa, Hunnie, proszę, nie rób mi tego. Przez Ciebie moje serce rozpada się na kawałki, a potem na nowo składa i znów rozpada. Wiem, że gdyby Ci na mnie naprawdę zależało to nie byłbyś taki oschły. 
Donośny szloch wydobył się z twojej klatki piersiowej, maltretując moje biedne uszy. Wtedy pierwszy raz cię od siebie odepchnąłem. Użyłem zbyt dużo siły, bo wylądowałeś na tyłku, ale już mnie to nie obchodziło. Nie zależało mi, byś dobrze się czuł. To już nie było to, wiedziałeś o tym, prawda? Nie mogłem Cię mieć. Nie mogłem Cię wziąć. Nie mogłem nawet chcieć Cię.
Wyszedłem spokojnym krokiem z pomieszczenia. Uczniowie wokół obdarowywali mnie ciekawskimi spojrzeniami, ale miałem na to wylane. Od kiedy przestałeś być dla mnie ważny znaczenie straciło również wszystko inne. Dlaczego jeśli chcę zrobić dla Ciebie coś dobrego to musi być tak trudne? 
Wybiegłeś za mną, ale nie miałeś siły dalej zatrzymywać mnie przy sobie. Zrozumiałeś, że to było bezsensu, czy że niszczyłem to co było między nami właśnie dla twojego dobra?
-Zmieniłeś się, Sehun - pociągnąłeś nosem, gdy odwróciłem się w twoją stronę i posłałem Ci zobojętniałe spojrzenie. -Zepsułeś się, kochanie.
Posłałem Ci krzywy uśmiech, nie mogłeś odpuścić sobie ostatniego słowa. Musiałeś powiedzieć coś, co niszczyło mnie od nowa, chociaż moje wnętrze już od dawna wyglądało tragicznie. Musiałeś zdeptać i rozrzucić moje dopiero co poukładane myśli. To zabolało być może jeszcze bardziej niż Ciebie moje odrzucenie.

2.
Bawiłem się twoimi włosami. Uwielbiałem ich dotyk na swojej skórze, wiesz? To było jak moje własne muśnięcie anioła. Byłem niegodny, by dotykać twojego ciała, dlatego tak długo wzbraniałem się przed odebraniem ci niewinności. Byłeś moim aniołem stróżem, więc jak mogłem sprawić ci ból? Nawet taki, po którym przychodzi niewyobrażalna przyjemność. Zakochaliśmy się w sobie, zdradziłeś Boga dla mnie, dla mężczyzny, dla grzesznika. Czy było warto? 
Twoje spojrzenie było czyste, mógłbym założyć się, że nigdy nie popełniłeś żadnego błędu. Jak ktoś tak idealny i eteryczny jak ty mógłby to zrobić? Uważałem, że byłeś jedyny w swoim rodzaju i nie wahałem się Ci tego powiedzieć. Komplementy sprawiały, że cudowanie się rumieniłeś aż miałem ochotę cmoknąć Cię w ten czerwony policzek. Ale jeśli bym to zrobił pogrążyłbym Cię w grzechu. 
Leżałeś ze mną w swoim łóżku, oglądając komedię romantyczną. Twoja głowa opadła na moją pierś, przez co wstrzymałem oddech, bojąc się, że jeśli wykonam gwałtowniejszy ruch mógłbyś się odsunąć. Chciałem być blisko Ciebie. Nie wiedziałem, że ktokolwiek mógłby zrobić ze mnie takiego wrażliwego chłopca, którym stałem się przy tobie.
W połowie filmu przeturlałeś się na brzuch i oparłeś dłonie po obu stronach mojej głowy, podnosząc lekko nade mnie. Twój wzrok zjeżdżał na usta, wpatrywałeś się w nie jakbyś nigdy wcześniej ich nie widział. Zniżyłeś swoją twarz i przejechałeś nosem po moim policzku. 
-Prześpij się ze mną.
Wyszeptałeś do mojego ucha zaraz potem chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi, bym nie mógł zobaczyć zawstydzenia w twoich oczach. Nie musiałem nawet na Ciebie patrzeć, potrafiłem to wyczytać z ruchów twojego ciała. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, więc to nie było dziwne, że znałem każde twoje nerwowe drgnięcie, prawda? 
Uniosłem Ci lekko głowę, byś widział, że naprawdę chciałem to zrobić, ale miałem wątpliwości. Co jeśli się nie opanuję, co jeśli Cię skrzywdzę? Co jeśli przez to nie będziesz chciał mnie już znać? Nie przeżyłbym tego.
-Nie wiem czy to najlepszy pomysł.
Moje słowa wywołały na twojej twarzy bolesny grymas. Dlaczego anioł chciał upaść przeze mnie? Przecież byłem zwykłym, nic nieznaczącym, brutalnym i nieokrzesanym człowiekiem. Ale jednak mnie pokochałeś. Właśnie mnie. Przez Ciebie zmieniłem swoje życie, zostawiłem znajomych, którzy sprawiali, że zbaczałem ze ścieżki. Wystarczała mi twoja osoba, bym wiedział, że życie jest wspaniałe. Wystarczałeś mi ty i nie potrzebowałem niczego więcej do życia. Gdybym miał wybrać między tobą, a powietrzem wybrałbym Ciebie. 
-Och, rozumiem... przepraszam, że zapytałem.
Uśmiechnąłem się do ciebie i pocałowałem w czoło. Byłem z tobą, żeby cię chronić. Wydawałeś mi się strasznie kruchy, bałem się, że większy podmuch wiatru może cię skrzywdzić. Najlepszym sposobem na zachowanie ciebie nietkniętego wydawało mi się zamknięcie cię w domu, ale nie mogłem odebrać ci tej przyjemności jaką było spanie ze mną pod gwieździstym niebem. Nie mogłem też odebrać innym podziwiania twojego wyglądu.
-Jeśli Ci się nie podobam to trzeba było powiedzieć mi to wprost.
Odsunął się ode mnie, a ja każdy centymetr wolnej przestrzeni między nami odczuwałem jako ból. Teraz już wiedziałem, że nie mogłem Cię tak po prostu zostawić. Nigdy nie czułem się tak okropnie jak w tamtym momencie, a wiesz, że przeżyłem wiele. Wprowadziłeś mnie w świat intensywnych uczuć, nie mogłem być na wszystko obojętny tak jak kiedyś.
-Posłuchaj mnie...
Złapałem twój nadgarstek i sprawnym ruchem przyciągnąłem do siebie.Usiadłeś mi na kolanach, opierając dłonie o moje barki.
-Kiedy jesteś obok mnie mam ochotę cię pocałować. Nawet nie wiesz ile kosztuje mnie powstrzymywanie się przed zrobieniem tego. Nie chcę zrobić czegokolwiek źle, by nie zniszczyć naszej relacji. Jesteś zbyt piękny pod każdym względem, bym mógł chociaż przy tobie być, ale nie mogę sobie odmówić tej przyjemności.
Położyłem dłoń na twoim policzku i delikatnie przejechałem po nim opuszkami palców. Wzdrygnąłeś się. Czy mój dotyk ci nie odpowiadał? Chciałem cofnąć dłoń lekko urażony, ale podtrzymałeś ją. Wtuliłeś się w nią, przymykając oczy.
-Uwielbiam wszystko co jest z tobą w jakikolwiek sposób związane, rozumiesz? Nie waż się mówić, że mi się nie podobasz, bo cholernie mnie pociągasz. Mogę śmiało powiedzieć, że Cię kocham. Kocham twoje oczy.. nos.. policzki...
Przy każdej wymienianej części jego ciała całowałem ją. Drżałeś. To wszystko było dla Ciebie nowe, prawda? Cieszyłem się, że to ja wprowadzałem Cię w świat pożądania i rozkoszy, ale jednocześnie bolało, bo właśnie Cię skaziłem. 
-...usta.
Chwilę wahałem się przed dotknięciem twoich warg, ale gdy położyłeś dłoń na moim karku i zachęcająco przyciągnąłeś do siebie odważyłem się. Przycisnąłem spragnione usta do twoich delikatnie je muskając, ale to nam nie wystarczyło. Wiedziałem, że tak będzie. Miałem nadzieję, że wybaczysz mi sprawienie, iż zboczyłeś ze swojej ścieżki. 
Moje dłonie ostrożnie gładziły twoje boki, jakby bojąc się, że przy każdym bardziej zdecydowanym ruchu uznasz, iż zrobiłem coś nie tak i może ci się to nie spodobać. Nasze wargi trwały w hipnotycznym pocałunku, nie spieszyliśmy się, wiedzieliśmy, że twoi rodzice mieli wrócić dopiero nazajutrz. Dotknąłem językiem twoich warg, sprawiając, że drgnąłeś zaskoczony, ale sekundę później zrozumiałeś o co mi chodziło i uchyliłeś swoje usta. Wtargnąłem do środka badając twoją jamę ustną, przejechałem po podniebieniu i zębach, a gdy zabrakło nam tchu, oderwałem się od ciebie przygryzając twoją dolną wargę.
-Boże...- wysapałeś, nie mogąc powtrzymać przeciągłego westchnienia. -Nie wiedziałem, że całowanie może być takie przyjemne.
Roześmiałem się. To jedno zdanie miało w sobie naraz tyle niewinności i czegoś odwrotnego, że wydało mi się idealnie pasować do twojego obrazu z tamtej chwili, który utkwił mi w pamięci jeszcze na długi czas. Twoje lekko przymrużone, oszołomione oczy, wpatrujące się intensywnie w moje. Twoje roztrzepane włosy, które widocznie musiałem w między czasie rozwalić. Twoje zarumienione od nadmiaru wrażeń policzki. Twój przyspieszony oddech i otwarte usta na kształt literki 'O'. Nie potrafiłem uwierzyć we własne szczęście. 
Pocałowałem cię jeszcze raz, tym razem krótko i czule, by przekonać się, że jesteś prawdziwy. Że jesteś tu ze mną, że jesteś dla mnie.
-Mogę ci dać o wiele więcej przyjemności, tylko że najpierw musiałbym cię skrzywdzić.
-Więc zrób to. Jestem silny, poradzę sobie.
Mój uśmiech stał się krzywy, prawy kącik ust trochę opadł. Zawsze tak robiłem, gdy chciałem wyglądać na szczęśliwego chociaż nie byłem. Większość otaczających mnie ludzi wierzyła w to, nie zauważała zmiany, ale nie ty. Oparłeś dłoń na moim policzku i pogładziłeś go.
-Wiem, że sobie z tym poradzisz, ale nie jestem pewien czy przeżyję sprawienie, że to przeze mnie będziesz cierpiał.
Przybliżyłeś swoją twarz do mojej, poruszyłeś się przy tym na moich biodrach, sprawiając, że wydałem z siebie przeciągły jęk. Cholera, myślałem, że mam odrobinę więcej samokontroli.
-Jeśli to ma sprawić, że będzie nam dobrze, to chyba warto zaryzykować, Sehun-ah.
Nigdy nie odczuwałem tego, że byłeś ode mnie starszy. Być może z powodu twojej twarzy, która wydawała się przeżyć dopiero kilkanaście lat, a nie dwadzieściacztery. Być może jednak przez to, że zachowywałeś się jakbyś był małym dzieckiem, które pomaga bez względu na wygląc czy też przeszłość drugiego człowieka. Tak się poznaliśmy, pamiętasz? 
-Boję się, że będziesz miał mi za złe odebranie ci na zawsze twojej niewinności.
-Sam cię o to poprosiłem, skarbie.
Kiwnąłem głową i znów połączyłem nasze wargi w pocałunku. Bez namysłu wstałem z łóżka i chwyciłem swoją kurtkę. Zostawiłem go samego bez żadnego wyjaśnienia.

3.
Wiecie jak to jest, gdy boisz się tak bardzo, że drętwieją ci wszystkie kończyny i ledwo chodzisz? Nie? Naprawdę nie polecam. Strach sprawiał, że ściskało mnie w gardle i nie potrafiłem niczego wykrztusić. Ale musiałem się z tym zmierzyć.
Siedziałem na zimnej ławce, spoglądając na wodę pod promenadą. Usłyszałem kroki, ale nie otworzyłem swoich oczu. Wiedziałem, że to oni, kto inny przychodziłby tutaj o drugiej w nocy? 
-Masz to, co miałeś przynieść?
Miałem, ale wiedziałem, że dla nich to wciąż będzie za mało. Nie obchodziło ich to, że mama i ja nie mieliśmy niczego więcej. Dla nich ważne było tylko i wyłącznie łatwe zdobywanie dzięki nam kasy. Byliśmy dobrym sposobem na łatwy dochód. Nie ważne, że przez to nie mieliśmy pieniędzy na spłacanie rachunków ani na jedzenie. Byliśmy słabszymi, a rolą słabszych jest pozwalanie sobą pomiatać i zastraszać się. Silniejsi mieli niezły ubaw, tak jakbyśmy byli jedynie po to by sprawiać im przyjemność.
Skinąłem głową, niezdolny by cokolwiek powiedzieć. Podałem im kopertę wypełnioną pieniędzmi, które razem z matką skrupulatnie odkładaliśmy i oszczędzaliśmy przez cały miesiąc. Mężczyzna zajrzał do środka z kpiącym uśmieszkiem i rzucił:
-Widać, że twoja matka nie próżnowała w tym miesiącu. Odważnie dawała dupy, stara suka.
Słysząc obelgę kierowaną w stronę mojej rodzicielki miałem ochotę coś rozwalić. Jak śmiał?! Jak śmiał tak ją nazwać? To, że zarabiała w ten sposób to... to wszystko przez nich. Przez ojca. Przez to, że narobił sobie długi u takich ludzi, a potem się powiesił. Zostawił nas, gdy miałem osiem lat i to właśnie ja go znalazłem śmiesznie dyndającego z sufitu. Wiecie jakie to było uczucie uświadomić sobie, że tatuś wcale nie wymyślił nowego rodzaju huśtawki? Że tatuś jest cały siny i nie oddycha? 
-N-nie mów tak.
Mój ochrypły, cichy głos zabrzmiał żałośnie. Poczułem się rozczarowany sobą jeszcze zanim zaczęli się ze mnie śmiać. 
-Nie mówić jak? Że twoja matka to zwykła dziwka? Kurwa? Że była nią jeszcze zanim się urodziłeś? Że prawdobodobnie jesteś dzieckiem jakiegoś pijanego, starego pedofila, który zabawiał się z tą szmatą?
Moja pięść wystrzeliła szybciej niż zdołałem zarejestrować jakikolwiek ruch z mojej strony. Poczułem ból w dłoni i wydałem z siebie cichy jęk. Pierwszy raz kogoś tak mocno uderzyłem. Wcześniej robiłem to tylko kolegom, którzy wyzywali moją matkę, ale nigdy nie byłem tak rozwścieczony jak w tamtej chwili.
-Cholera, gówniarzu. Chyba złamałeś mi nos, kurwa, nie zostawię tego tak.
Nie uciekałem, bo po co? Żeby dopadli mnie na oczach mojej biednej mamy? Już wolałbym umrzeć tutaj i nie zostać nigdy odnaleziony, albo cokolwiek innego niżeli miałaby oglądać tą sytuację na własne oczy.
-Zaraz nauczymy cię z jakim szacunkiem powinieneś się do nas zwracać.
Pierwsze uderzenie poczułem na policzku. Drugim było kopnięcie w brzuch, trzecim w łydkę, a za czwartym razem chyba dostałem znów w twarz. Syczałem, czując, że tej nocy mogą mnie nieźle urządzić. Jeśli w ogóle przeżyję tę noc. Nie liczyłem dłużej ciosów, ból czułem w całym ciele. Czułem spływającą krew po moim czole i skroni. Czy uda mi się dożyć jutra? Może jeśli umrę cały ten irytujący syf zniknie? 
-Chyba już wystarczy. Nie możemy go wykończyć, kto będzie nam dalej przynosił forsę?
Chwycili mnie za ramiona i unieśli do góry. Moje ciało było bezwładne, głowa opadła mi do przodu. Ledwo kontaktowałem.
-Następnym razem masz przynieść dwa razy tyle. Przygotuj swoją dupkę na pracę w burdelu, coś czuję, że zarobisz więcej niż ta przeterminowana suka.
-Sukinsyn - wymamrotałem co zabrzmiało jak bezksztłtny jęk.
-Co mówisz, chłopcze? Czyżbyś próbował nas przeprosić? 
Nie miałem siły na zrobienie czegokolwiek innego, więc gdy mnie puścili osunąłem się bezwładnie na drewno.
-Zapamiętaj sobie nas dobrze. Nasze twarze będą cię prześladować do końca życia. Nie ukryjesz się przed nami, szczeniaku.
Poczułem kolejne mocne kopnięcie w bok, które sprawiło, że spadłem z mostu do jeziora. Nie miałem czasu by złapać oddech wcześniej. Ból, odrętwienie i strach sprawiło, że czułem się bezwolny. Ciało mnie nie słuchało, chociaż kazałem dłonią się poruszać one nie wykonywały żadnego ruchu. Jedyne co mi się udało to próba zaczerpnięcia powietrza, przez którą wlała mi się woda do płuc.
Czy to mój koniec? Nie ma najmniejszych szans na to, że uda mi się stąd wydostać o własnych siłach. Okropny ból w klatce piersiowej nie pozwalał mi skupić myśli. Przed oczami pojawiało mi się coraz więcej ciemnych plamek. Przepraszam mamo, że zostaniesz kolejny raz z problemami sama. Zamknąłem powieki poddając się woli losu.
*
Coś ciepłego na moich ustach. Przyjemnie miękkie, delikatne i bardzo, bardzo wyczuwalny smak truskawek. Czy jestem w niebie i aniołki postanowiły urządzić mi imprezę powitalną z tortem o moim ulubionym smaku? O boże, jak długo nie jadłem? Nie otwierając oczu próbowałem ugryźć kawałek tych pyszności, ale gdy tylko to zrobiłem usłyszałem cichy jęk wypieku, po czym cudowny truskawkowy smak zniknął.
-Hej, po pierwsze czy tak się dziękuje za ratowanie życia? Po drugie czy tak się zachowują ludzie dopiero co wyciągnięci na brzeg? A po trzecie jak mogłeś mnie ugryźć?
Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia i próbowałem się podnieść, co uniemożliwiała mi ręka nieznajomego przytrzymująca mnie za ramię do ziemi.
-Ostrożnie! Chyba nie chcemy, żebyś nam ponownie stracił przytomność - zakłopotany uśmiech pojawił się na anielskiej buzi chłopca. Może to jednak jest niebo, a aniołki postanowiły postawić mi na drodze mężczyznę-cud, który będzie mną zainteresowany? -Cholera, gdybym wiedział, że ratowanie ludzi sprawia tyle kłopotów, nigdy bym nie spróbował.
Nagle złapałem go za policzki i przyciągnąłem do siebie. Chłopak cały się zaczerwienił, łapiąc za moje dłonie. Był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek zrobić, przez co przyciśnięcie ust do tych jego było dziecinnie proste. Wplątałem dłoń w jego włosy i deliatnie je przeczesywałem czule go całując. Chyba potrzebowałem odrobiny bliskości.
Nagły, przeszywający ból odebrał mi świadomość i pogrążył w ciemności.
*
Obudziłem się odrętwiały na miękkim łóżku. Nie pamiętałem jak się tu znalazłem, ani co się wcześniej stało. Od mojego czekania na prześladowców miałem w głowie pustkę. Zostałem porwany?