Pennyhet 'Penny' da Laxeriss - osiemnastolatek, syn króla kraju, do którego ucieka Obiekt 814. Niezwykle zbuntowany, nikt nie potrafi przemówić mu do rozumu. Wytrenowany w walce przez najlepszych ludzi na świecie.
Solle Fency - wiedźma, którą napadli ludzie króla. Z pewnych przyczyn nie mogła nic im zrobić, a oni nie reagowali na jej ostrzeżenia. Jest utalentowana, choć nie wszystko potrafi. Dopiero uczy się pod okiem swojej babci.
Hedwigih 'Wigi' - siedmioletnia dziewczynka, znaleziona przez Tana obok swojej zmarłej matki. Chłopak poczuł się z nią w pewien sposób związany, ponieważ jego rodzice sprzedali w zamian za tytuł szlachecki i zwolnienie z płacenia podatków (byli bardzo biedni), rozdzielając jego z młodszą siostrą.
Leowreen 'Ren' Panser - posądzony o morderstwo swojej żony i dzieci, jednak nie do złapania. Przyłączył się do zgrai gdzieś w 1/3 opowiadania. Ciągle ich obserwował i uznał, że do nich pasuje.
Benneth 'Bene' Salvadoore - żona kowala, mająca duże wpływy w mieście i u elfów.
Usiłuję otworzyć kłódkę zdobytym wytrychem, pot spływa po moim ciele w dużych ilościach, co trochę mnie dekoncentruje. Dopiero co odszedł strażnik i minie koło trzech minut zanim przyjdzie jego zmiennik. Mam mało czasu, ale to moja szansa, którą chcę w końcu wykorzystać. Nie mogę dłużej czekać, bo oszaleję.
-Proszę, proszę, proszę - powtarzam jak mantrę.
Marszczę brwi, słysząc kroki nadchodzącej straży. Jeszcze mogę się wycofać, ale następuje cichy brzdęk otwieranej kłódki. Cicho wzdycham z zachwytu, ale i lekkiego przerażenia. Jeśli nie zdążę przebiec korytarza do najbliższego zakrętu jestem udupiony, a kłódkę jeszcze można zamknąć. Ale
jeśli nie spróbuję na pewno mi się nie uda. Lepiej umrzeć jako próbujący się ratować czy czekający tchórzliwie na swój koniec?Widzę pełen drwiny wzrok więźnia naprzeciwko. On myśli, że stchórzę. On myśli, że nawet jeśli spróbuję i tak mi się nie uda. Pcham po cichu drzwi do przodu i ostatni raz zerkam na mężczyznę. Uśmiecha się.
Wiele razy wyobrażałem sobie wygląd korytarzy, wypytywałem innych o jakiekolwiek informacje, nawet próbowałem słuchać kroków odbywających służbę strażników, by mieć ich ogólny zarys. Ale, gdy teraz biegnę przed siebie wszystko czego się dowiedziałem kompletnie wylatuje mi z głowy. Jest zbyt ciemno by coś zobaczyć, a jedyne co mówi mi, że nie przeoczyłem żadnego zakrętu to to, że trzymam dłonie na ścianach. Moje szybkie kroki odbijają się echem i boję się, że natknę się na personel.
~Zwolnij trochę, bo stracisz siły na ostatni odcinek drogi. Przecież nikt Cię nie goni.
Ten głos prześladuje mnie od pierwszego eksperymentu, który rzekomo miał poprawić mój wzrok i słuch. Miał sprawić, że zacznę słyszeć nawet lepiej od wilka i widzieć lepiej od sokoła. Cóż, pierwsze próby zawsze są marne, także ta trochę nie wyszła tak jak powinna. Postanawiam go posłuchać, nigdy wcześniej mnie nie zawiódł. Miałem nadzieje, że tym razem również tego nie zrobi.
Próbuję unormować oddech. Wdech-wydech. Wdech-wydech. Ocieram pot z czoła i ruszam w dalszą drogę. Jestem prawie pewien, że się zgubiłem. Przystaję, opierając plecy o zimną ścianę.
-To był zły pomysł - szepczę do siebie. -Uciekam bez dokładnie opracowanego planu. Cholera...
Stoję tak, do momentu, w którym słyszę alarm - przeciągły dźwięk, który rani moje uszy.
-Uwaga! Obiekty 814 i 323 uciekły ze swoich celi. Powtarzam: obiekty 814 i 323 uciekły ze swoich celi.
Obiekt 323? Henric zwiał? Mimowolnie na mojej twarzy pojawia się zwycięski uśmiech, lecz szybko rzednie. To nie miało tak być. Oni nie mieli się tak szybko o tym dowiedzieć. Nie dopóki nie będziemy poza murami.
Korytarze zalewa światło. Jestem w ślepym zaułku, a w moją stronę zbliżają się szybkie kroki. Ktoś biegnie. Nie mam gdzie się ukryć i jedyne co mi pozostaje to mazanie się w kącie, stanie bezczynnie albo przygotowanie się do nieuniknionej walki. Wybieram tą trzecią opcję, a jedyną bronią którą posiadam są moje pięści. Jednak osobą, która pojawia się na horyzoncie nie jest strażnik, a mój przyjaciel. Wypuszczam z ulgą powietrze od razu do niego podchodząc.
-Jak ty to zrobiłeś, co? Stary, nie wierze w to co widzę, udało nam się! - krzyczy podekscytowany.
-Udało nam się wyjść z klatek, ale nie z obozu. Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy i oboje nie mamy broni. Wydaje mi się, że to wszystko było złym pomysłem, zwłaszcza teraz. Trzeba było to odłożyć na kiedy indziej.
-I co? Chcesz się teraz poddać?
-Hen, powiedzmy sobie szczerze. Nie mamy szans na wydostanie się stąd - patrzę w jego oczy i widzę w nich zawziętość. Nie ma strachu ani cienia niepewności.
-Na pewno nie mamy szans jeśli masz takie nastawienie. Nawet jeśli nie damy rady to co? Zamierzasz wrócić do celi udając, że nic się nie wydarzyło? Przykro mi, ale to nie przejdzie, więc zepnij poślady, rusz głową i wydostań nas stąd. Byle szybko.
-Dlaczego niby ja?
-Bo to był, kurwa, twój plan.
Kiwam głową, próbując uspokoić niespokojne serce. Tak właśnie, to ja go tu zaciągnąłem, to przeze mnie tu jest i to ja powinienem go stąd wyciągnąć za wszelką cenę. Nawet jeśli miałbym poświęcić własne życie. Hmm.. poświęcić własne życie? Przecież tak mało w nim zrobiłem, chciałbym zobaczyć jeszcze tyle rzeczy, ale... czy bez najlepszego przyjaciela odważyłbym się na to? Czy bez niego to miałoby w ogóle jakiś sens?
-Hej, Tan, obudź się. Nie mamy czasu na jakieś bezsensowne panikowanie, musimy po prostu jeszcze raz na spokojnie przeanalizować sytuację i znaleźć jakieś wyjście - warczy blondyn i uderza mnie w ramię. Ten lekki ból przywraca mnie do rzeczywistości.
-Chyba będziemy musieli przekraść się z powrotem, bo widocznie wybraliśmy zły kierunek, ale... Jeśli stąd po prostu nie ma wyjścia? Jeśli to piekło nie ma cholernych drzwiczek, do których będziemy mogli się dostać to jesteśmy skończeni.
-Teraz masz wątpliwości? Naprawdę teraz?! Jeśli w trzy sekundy sam się nie ogarniesz to moja pięść chętnie Ci w tym pomoże!
========================
-Tak, ojcze, wszystko dokładnie zrozumiałem - zaczynam delikatnie, próbując wyczuć czy to dobry moment na tego rodzaju rozmowę. - ale sądzę, że to zbyt pochopna decyzja. Jeśli poświęcisz mnie, żeby zdobyć pokój między naszym królestwem, a królestwem Sunnivy nie zyskasz zbyt wiele i...
-Synu, przejdźmy do sedna, wiem, że to nie o to Ci chodzi - król wzdycha zmęczony. Powinienem robić wszystko co rozkaże i nie martwić go dodatkowo sobą, ale... to naprawdę bardzo mi
przeszkadzało w dalszym funkcjonowaniu.
-Ehh, po prostu ta dziewczyna, księżniczka Fella, hmm... jakby to powiedzieć... według mnie nie jest odpowiednią damą na bycie moją żoną, aczkolwiek nie twierdzę, iż czegoś jej brakuje. Tylko... jest... kompletnie zapatrzona w siebie i... przygłupia.W końcu to z siebie wyrzucam. Patrzę uważnie na ojca, doszukując się w nim jakiejkolwiek oznaki gniewu, bądź jakiejś innej negatywnej emocji, ale niczego takiego nie dostrzegam. Mężczyzna siedzący w sali jadalnej zajada się zamyślony homarem, którego nienawidzę, przez co nie tknąłem niczego na swoim talerzu. Wszyscy wiedzą, że jem mało, ale nie rozumiem dlaczego kucharz ugotował tylko tego zakichanego homara, skoro wie, że przez to obrzydzi mi cały dzień. Zdenerwowany rzucam zawistne spojrzenie w stronę drzwi prowadzących do kuchni. Kręcę powoli głową, chcąc znowu skupić się na prowadzonej przeze mnie rozmowie, a nie zaprzątać sobie ją błędem służby.
-Drogi Pennyhet'cie - wybucha radosnym śmiechem. -Trzeba było tak od razu. Pokój mogę załatwić w jakiś inny sposób, ale to twoim zadaniem będzie powiadomienie jej o tym.
-Jeśli jest inny sposób to dlaczego kazałeś mi się jej oświadczyć?! Cholera, ojcze, jakiś ty...
-Haha, nie mówiłbyś tak, gdybyś był na moim miejscu i widział swoją minę! To przezabawne wrabiać kogoś w takie rzeczy, a na zamku jest strasznie nudno. Chciałem się na starość choć trochę zabawić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz