sound

11 października 2015

Rozdział 2. 'Przejęcie władzy'

  Całe moje życie byłem posłuszny ojcu, prócz nielicznych wpadek, kiedy miałem wszystkim dobrze znany okres buntu. Jednak on potrafił go zwalczyć zbytnio się nie wysilając. Szczerze mówiąc, nie byłem szczególnie silnym człowiekiem. Być może z dużą miarą szczęścia pokonałbym w walce wręcz wielu śmiałków, ale musiałbym się naprawdę postarać.
  Dlatego też, zacząłem ćwiczyć z najlepszymi wojownikami w tajemnicy przed ojcem. Tego przejawu buntu nie mógł zlikwidować, ponieważ nikt mu o tym nigdy nie powiedział. Zaprzyjaźniłem się z kilkoma mężczyznami, którzy byli przeciwko mojemu ojcu i po kilku próbach, które z powodzeniem przeszedłem, zainicjowałem z nimi sojusz. Oni mieli nauczyć mnie wszystkiego co potrafili, a ja miałem dostarczać informacje o najróżniejszych rzeczach.
  Z pewnością można było posądzić mnie o zdradę. Nie wypieram się, że właśnie tego chciałem. Pozbawić władzy własnego ojca, zabijając go, najlepiej tak, żeby cierpiał przez długie tygodnie. Nie miałby mi tego za złe. Przecież każdy władca wolałby umrzeć w walce o królestwo z potomkiem, niż ze starości. No właśnie nie. Ale to było mi w zupełności obojętne.
  Mam dzisiaj dokładnie dziewiętnaście lat, ale co za różnica, skoro to i tak nie zostanie uczczone? Kolejny przejaw złośliwości ojca, tym razem znacznie bardziej upokarzający. Nikt, oprócz mnie i moich rodziców nie wie kiedy mam urodziny. Oczywiście, nawet jeśli by wiedzieli nie sprzeciwiliby się królowi, który nie życzy sobie świętowania tego, jakże dennego dnia moich narodzin. Być może ktoś złożyłby mi ukradkiem życzenia, ale co mi po nich, jeśli są od ludzi, na których mi nie zależy? I którym na mnie nie zależy?
  Dziewiętnaście lat, niektórzy mogliby powiedzieć, że stara dupa ze mnie, ale już dawno pozbyliśmy się tej wieśniackiej mowy. Chociaż mnie się wydaje śmieszna i wolałbym jej używać niż zwracania się do wszystkich uprzejmie, uważając by nie powiedzieć czegoś niestosownego. Nie podobały mi się podchody i zdania, które były dość dwuznaczne. Wystarczyło powiedzieć coś, o czym się myślało wprost i byłoby szybciej.
  'Mój' dzień rozpoczął się zwyczajnie, zostałem obudzony przez służkę, której nakazałem poprzedniego wieczoru, by nie wchodziła dzisiejszego ranka do mojej komnaty. Dziewczyna, której imienia nie znałem, ponieważ nie wypadało szlachcie spoufalać się z plebsem krzątała się, najwyraźniej próbując ogarnąć bałagan, który w nocy zrobiłem. Zirytowany podciągnąłem się do siadu i przetarłem dłońmi oczy.
 -Mogłabyś tak nie hałasować? - warknąłem, nie patrząc na nią. -Chyba mówiłem, żebyś tu nie wchodziła, kiedy będę w środku.
  Stanęła w bezruchu na środku pokoju. Jej nogi lekko drżały, a wzrok nie wiedział gdzie się podziać. Oczywistym było, że nie mogła na mnie spojrzeć, ponieważ czekałaby na nią za to sroga kara. W naszym zamku zatrudnionym nie można było spojrzeć na swojego pracodawcę. Oznaczałoby to, że są na tym samym poziomie, a tak nie było.
  W końcu wzięła się w garść i stanęła obok drzwi ze spuszczoną głową. Wyglądała żałośnie i pewnie tak też się czuła. W powietrzu uniosła się woń przerażenia, co strasznie mnie rozśmieszyło. Ludzie zazwyczaj myśleli, że skoro mam ojca, który jest wcieleniem diabła to ja będę podobny. Cóż, nie mógłbym powiedzieć, że próbowałem kiedyś temu zaprzeczyć, czy choćby pokazać, że jest inaczej.
  -Wynoś się.
  Dziewczyna czym prędzej czmychnęła z komnaty, zamykając cicho drzwi. Głośno westchnąłem i wstałem z ogromnego łoża, które mogłoby pomieścić kilku dorosłych mężczyzn. Naprawdę nie rozumiałem tego przepychu. Uważałem go za zupełnie zbyteczny. Akceptowałem to jedynie dlatego, że każdy szlachcic tak miał. Nie chciałem się od nich różnić jeszcze bardziej, niż teraz.
  Wyjrzałem za okno i stwierdziłem, że musiał być wczesny ranek, ponieważ dopiero co wschodziło słońce. Nie chcąc tracić dnia, chwyciłem wcześniej przyszykowane ubrania i przeszedłem do łaźni, by trochę się odświeżyć. W lustrze zajmującym całą ścianę ujrzałem  mężczyznę o blond czuprynie. Kosmyki włosów wpadały mu do oczu, które zaś były koloru błękitnego. Przynajmniej mój wygląd był iście królewski, nie to co zachowanie i poglądy.
  Ubrałem się w strój codzienny, którym były ciemne dżinsowe spodnie i biała koszula, a na nią narzucona czarna marynarka. Z doświadczenia wiedziałem, żeby nie brać nie wiadomo jak wytwornego odzienia, bo prędzej czy później i tak bym je zniszczył. Zresztą nie pierwszy raz. Dzisiaj również zamierzałem pójść do Zerey'a, mojego ulubionego nauczyciela fechtunku. Był wyjątkowo bardzo wymagający, nie bał się mnie zranić, jeśli nie potrafiłem się obronić i mało gadał. Co mi odpowiadało.
  Opuszczając zamek, natknąłem się na matkę. Kobieta była ubrana w ciemnofioletową suknię, niewielką tiarę, a włosy opadały jej w delikatnych falach na ramiona. Jeśli by tylko powiedziała jedno słowo mogłaby mieć większą, ale jej to nie przeszkadzało. Spojrzała na mnie fiołkowymi oczami i skinęła jedynie głową. Ukłoniłem się jej z ironicznym uśmieszkiem. W ten sposób pokazywałem, że przyznaję, iż jest ode mnie lepsza, ponieważ mnie nie akceptuje. Nikt w królestwie mnie nie akceptował.
  Obozowisko, do którego musiałem się udać było dość oddalone od zamku, więc aby dostać się tam szybciej poszedłem do stajni po konia. Kilka lat wcześniej dostałem wierzchowca od ojca i nie wolno było mi brać żadnego innego. Nie czułem przywiązania do żadnego zwierzęcia, choć prawdziwy książę powinien mieć zaufanego i ulubionego konia. To tak jak miłość, ale w innym znaczeniu. Ta jest szczera i piękna, a między ludźmi pełna zdrad i zazdrości. No i być może namiętności czy też pożądania.
  Zakaz opuszczania pałacu, który powinienem przestrzegać nigdy nie został wypowiedziany, jednakże istniał. To było oczywiste, że jeśli nie mogę się pokazywać poddanym w wioskach to nie mogę w ogóle ruszać się z tego miejsca. Tylko, że był jeden problem. Nie potrafiłem za długo usiedzieć w jednym miejscu. Kto by nie chciał zwiedzić świata, w którym żyje? Nie lubiłem czuć więzów, zaciskających się na mnie z każdym wydanym rozkazem ojca. Nie rób tego, nie rób tamtego, bo nie wypada.
  Jednak nikt ze strażników zbytnio nie interesował się tym, gdzie się wybieram. Niektórzy mówili, że pozwalają mi na to, ponieważ być może w końcu znalazłem damę swojego serca. Cóż, prawda była zupełnie inna, ale najważniejsze było to, że mogłem opuszczać zamek.
  Jazda na wierzchowcu była jak każda inna. Dobrze jest czasem poczuć ten powiew wiatru we włosach, poczuć się wolnym, tak jakby nic nigdy cię nie ograniczało. Od zawsze miałem tylko jedno marzenie - być niezależnym. Móc być tam, gdzie się chce. To byłoby idealne życie dla kogoś takiego jak ja. Oczywiście sprawiałbym problemy wielu ludziom, którzy uprzykrzyliby mi życie. Bez tego byłoby zbyt nudno.
  Na początku lasu musiałem zejść z konia i przywiązać go do drzewa, ponieważ dalej by się nie przedarł. Pogładziłem go lekko po boku, po czym zacząłem iść w głąb. Gałęzie drzew smagały mnie po policzkach, choć większość starałem się odgarniać dłońmi. Jedna stworzyła ranę na mojej twarzy, przez co głośno przeklnąłem. Przyłożyłem palec do skaleczenia i poczułem krew.
  W złym humorze dotarłem do buntowników, nie witając się z nikim. Słyszałem od niektórych miłe słowa, ale nie zwracałem na nich uwagi, co było u mnie często spotykane. Doszedłem do namiotu
przywódcy i bez zbędnych ceregieli wszedłem do niego.
 -Timmy, co ty tu robisz tak wcześnie? - Clavin nie zawracał sobie nigdy głowy uprzejmościami. Do każdego mówił po imieniu, a jeśli coś mu nie odpowiadało, to potrafił to powiedzieć. Nie to co niektórzy.
 -Powinieneś się cieszyć, że w ogóle przyszedłem - powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy. -Nie widziałem po drodze Zerey'a, możesz mi powiedzieć, gdzie mogę go znaleźć?
 -Dzisiaj z nim nie ćwiczysz. Jak widzisz doszedł do nas nowy rekrut i od teraz twoim zadaniem jest wytrenowanie go na porządnego wojownika.
  Dopiero teraz zwróciłem uwagę na cichego chłopaka, który siedział w rogu. Wydawał mi się mało użyteczny i bezbronny. Przez chwilę uważnie mu się przyglądałem, nie zwracając uwagi na nic innego, oprócz jego oczu, z których starałem się wyczytać jak najwięcej. Unikał mojego wzroku.
 -Nie pisałem się na żadne uczenie, to wy mieliście mnie wytrenować.
 -Oficjalnie dołączyłeś do naszej grupy, więc musisz się mnie słuchać, a ja wydałem rozkaz nauczenia go wszystkiego co potrafisz. Jako członek buntowników również posiadasz pewne obowiązki - zmarszczył brwi, pokazując nowemu, żeby szedł za mną.
  Ciężko westchnąłem, ale skierowałem się na plac do ćwiczeń, bo nic innego nie mogłem w tej chwili zrobić. Nie obejrzałem się, by sprawdzić czy za mną idzie. Byłem pewny, że to zrobi.
 -Pomyślałem, że jeśli mamy razem ćwiczyć to może wypadałoby się przedstawić - zaczął niepewnym głosem. -Nazywam się Alek.
 -A może wypadałoby się zamknąć i po prostu robić to, co rozkażę?
  Chłopak otworzył ze zdziwieniem buzię, ale szybko ją zamknął najwyraźniej zawiedziony moją odpowiedzią. W tym świecie nie wszyscy są tacy na jakich wyglądają. Trzeba mieć się na baczności i nie spoufalać zbyt często, ponieważ może się to źle skończyć. Zresztą nie lubię nowych osób, więc jestem dla nich nie miły dopóki nie pokażą ile są warci.
 -Wybierz miecz, którym chcesz walczyć.
  Alek chwycił pierwszy lepszy bez większego zastanowienia. Ja sam miałem miecz zawsze przy sobie, nigdy nie pomyślałem, żeby wypróbować jeden od nich. Miecze od królewskiego kowala były po prostu lepiej wyważone, a na moim nawet wygrawerowane było moje imię. Nowy stanął na przeciwko mnie w postawie obronnej, na co tylko się sarkastycznie uśmiechnąłem.
 -Możesz zacząć mnie atakować, na razie będę się tylko bronił - chciałem najpierw zobaczyć co potrafi, a czego jeszcze nie. W końcu nie można oceniać książki po okładce, choć z chęcią bym to zrobił.
  Skinął głową, ale na razie nie wykonał żadnego ruchu. Kiedy już chciałem go opierdzielić za nie posłuchanie mnie ruszył na mnie. Z łatwością obroniłem się. Po kilku bezskutecznych ataków wyprowadzonych z jego strony z nudów również go zaatakowałem. Nie spodziewał się tego, więc łatwo go rozbroiłem.
 -Hej! To nie było fair, powiedziałeś, że będziesz się tylko bronić - wykrzyknął z grymasem na twarzy.
 -Walka nie ma zasad. Stawką jest twoje życie i powinieneś spodziewać się wszystkiego. Nie możesz polegać tylko na słowach innych, które są ulotne jak wiatr.
 -Ale to nie jest walka, to są tylko ćwiczenia.
 -Jeśli uczysz się ze mną to nie kwestionujesz moich metod, jasne? - byłem lekko zniecierpliwiony, a ten dzień wydawał mi się beznadziejny. Co w tym złego, że odreagowywałem w ten sposób? -Tyle mi starczy. Przybierz pozycję.
  Alek posłusznie zrobił to, co kazałem. Zainicjowałem małe poprawki typu przesunięcie jego nogi trochę do przodu, bądź przechylenie ciała w tył. Zabrałem mu miecz, nie zważając na jego protesty i wymieniłem go na inny, trochę lżejszy od poprzedniego, po czym mu go wręczyłem.
 -Zaczniemy od prostych pchnięć, co prawda masz już w tym lekkie doświadczenie, ale nie zaszkodzi tego dopracować.
  Zaczęliśmy ćwiczyć bez słowa. Cisza między nami była zakłócana jedynie przez szczęk naszych mieczy obijających się o siebie i śpiew ptaków. Nowy szybko się uczył, jego pamięć byłą doskonała. Zapamiętywał raz pokazany cios, a następnie sam idealnie go wyprowadzał.
 -Słyszałem coś o tobie, księciu - nie byłem tym zaskoczony. Buntownicy dużo rozprawiają o tym, czy dobrze zrobili przyjmując mnie w swoje szeregi. Niektórzy wciąż myśleli, że dołączyłem do nich jako szpieg.
 -I co w związku z tym?
 -Podobno tak bardzo nienawidzisz swego ojca, że przy pierwszej lepszej okazji mógłbyś go zabić - spojrzał na mnie doszukując się potwierdzenia tych słów. -Ale nie rozumiem jednego. Dlaczego starasz się spełnić jego wymagania, choć mógłbyś mu się otwarcie sprzeciwić?
 -Dlaczego to Cię tak obchodzi, co? - warczę zdenerwowany.
 -A dlaczego nie? Po prostu jestem ciekawy i tyle.
 -Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
 -Nie martw się, mnie już od dawna pisane jest trafienie tam - jego twarz diametralnie się zmieniła. Przyznam, że jego zachowanie było ciekawe, aż chciało się odkryć wszystkie jego tajemnice. Po dłuższej chwili ciszy odezwałem się:
 -Czekam na odpowiedni moment, żeby się na nim zemścić - westchnąłem. -Wracajmy do nauki.

=================================

  Pod koniec całego tego męczącego dnia, udałem się do łoża z zamiarem odpoczęcia, które na pewno mi się należało. Stanąłem na środku pomieszczenia i rozłożyłem ręce, by służący mógł rozebrać mnie do snu i ubrać w koszulę nocną. Ron, był w moim wieku, gdy byliśmy mali czasem wykradałem się ojcu, żeby się z nim pobawić, ale teraz nie zamieniamy ze sobą zdania, chyba, że wydaję mu polecenia. Zniecierpliwiony tym, iż odpinanie koszuli nie szło mu za dobrze, ponieważ trzęsły mu się dłonie, odprawiłem go, mówiąc, że sam sobie poradzę.
  Po ściągnięciu górnej części ubioru podszedłem do okna. W sumie sam nie wiem co mnie do tego
podkusiło. Powiedzmy, że chciałem przyjrzeć się królestwu po zapadniętym zmroku, przy okazji pozbywając się spodni. Przycisnąłem czoło do chłodnej szyby, ale szybko zaskoczony odsunąłem się kilka kroków w tył. Czyjaś ręka uderzyła w szybę kilka razy, zanim twarz jej właściciela się za nią pojawiła.
  Czym prędzej otworzyłem okno i wpuściłem przybysza do pokoju. Alek stanął naprzeciwko mnie, mierząc mnie wzorkiem od góry do dołu. Nie przejmowałem się tym, że widzi mnie w samych bokserkach, moją głowę zaprzątała jedynie ciekawość.
 -Wiem, że łatwo jest się za mną stęsknić, ale żebyś od razu włamywał się do mojej sypialni? - zapytałem, uśmiechając się jedynie kącikiem ust. Zauważyłem, że na jego twarzy pojawił się rumieniec zawstydzenia.
 -Umm.. Ja... przyszedłem oddać Ci tylko to co zgubiłeś, a po drugie to sam mnie tu wpuściłeś, więc to nie jest żadne włamanie - oparł dłoń na biodrze, a drugą wyciągnął przed siebie i podał mi pierścień. Nie mogłem zrozumieć jak mogłem go zgubić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz