Nigdy jakoś specjalnie nie przejmowałem się zdaniem innych. Słuchałem, bo słuchałem, ale nie było to dla mnie szczególnie ważne. Od dawna byłem przyzwyczajony do krytyki otaczających mnie osób. W końcu zawsze wymagali ode mnie więcej niż od zwykłego dziecka. Musiałem być najlepszy i może rzeczywiście taki się stałem.
Może jednak obojętność jest najlepszym sposobem na przetrwanie. Uodpornienie się na uczucia tak silnie targające ludźmi i zmuszające ich do najróżniejszych rzeczy. Czyż nie przez nienawiść i zazdrość popełniana jest większość morderstw? Czyż nie przez smutek, brak chęci do życia, ból psychiczny oraz inne idiotyczne odczucia są popełniane samobójstwa? Ja stałem się obojętny na wszystko i na wszystkich. Uważam, że tak jest lepiej. Prościej. Obojętność jest moim murem obronnym.
Rodzice zawsze mnie uczyli, że mam nie zważać na cierpienie innych. Że to nie moja sprawa i mam się nie mieszać, bo najlepiej być neutralnym. Dlaczego miałbym mieć problemy przez jakąś nic nie znaczącą w tym świecie osobę? Osobę, która sama wybrała sobie taki żywot i dlatego teraz ponosi za to karę. Jest tylko jedna właściwa opcja, którą na szczęście wybrałem.
Ojciec za każde ujawnione uczucie, za każdy mój śmiech, bądź łzy bez skrupułów uderzał mnie w twarz. Na początku wydawało mi się to nie do zrozumienia. Jak to możliwe, że ojciec, mój ukochany tata, bije swoje własne i jedyne dziecko? Kiedyś, gdy pierwszy, a zarazem ostatni raz podniosłem na niego głos przez kilka dni chodziłem z opuchniętą twarzą.
Większość swojego wolnego czasu spędzałem na zamku sam z opiekunkami. Uwielbiałem wymykać się im i uciekać do wieży, gdzie mogłem swobodnie dać upust emocją w postaci wyżalenia się na kartkę papieru. Rzadko to robiłem, aż w końcu zacząłem sobie dawać radę bez tego. Nie myślcie sobie, że tak łatwo udało mi się bycie idealnym.
Szczerze powiedziawszy mój ojciec od zawsze był dupkiem, przez wielkie 'd', ale nikt nie mógł mu tego powiedzieć wprost. Był królem, co upoważniało go do bycia dupkiem, ale nie tłumaczyło. Uważał, że wszystko było mu wolno. Mama nigdy nie była z nim szczęśliwa, ani zadowolona z życia, w którym niczego jej nie brakuje. Nie odzywała się zbyt wiele, a ja w ciągu swojego dziewiętnastoletniego życia wymieniłem z nią zaledwie kilkanaście zdań.
Służba, jak to służba lubiła plotki. Gdy miałem dziesięć lat lubiłem podsłuchiwać ich rozmowy, ponieważ wydawały mi się niezwykle zabawne i poufne, a że miałem odziedziczyć królestwo musiałem wiedzieć co się w nim dzieje. Tak przynajmniej wtedy myślałem.
Pewnego dnia stałem przy uchylonych drzwiach, obserwując służkę i jej znajomą, które były tu nowe. Przyjechały mniej więcej tydzień temu, ponieważ stara pani Nesbit zniedołężniała i nie mogła dłużej dla nas pracować. Pomyślałem sobie, że z nimi będzie więcej zabawy, bo są młodsze i dopiero się wszystkiego dowiadują.
-Kochana! Słuchaj, no, jakie mam nowiny! Ale ćśś, lepiej żeby nikt więcej nas nie usłyszał, bo jeśli to się wyda możemy zawisnąć na stryczku.
-Ooh! Mówże, Kaitleen! Wszystkie drzwi są zamknięte, spokojna głowa.
-Już, już! Matko, sama w to nie wierzę, ale lepiej usiądź, dziecino, ponieważ z wrażenia kolana się pod tobą ugną.
-Ah, nie przesadzajcie! Ciekawość mnie zżera, chyba dłużej nie wytrzymam.
-Dobrze. Słuchaj uważnie, bo tego nie mogę powtórzyć. Podobno Król Vincenty II swoją teraźniejszą żonę spotkał w karczmie, gdzie bardzo mu się spodobała. No, ja rozumiem, przecież jest bardzo piękna.
-Znowuż przesadzacie, ciociu. Ale, cóż, do rzeczy!
-Nie poganiaj mnie, dziecino, bo zgubię wątek i do niczego nie dojdziemy. Na czym to ja... a tak! Bardzo mu się spodobała ta nasza królowa, ale ona nie przyjęła jego zalotów. Miała już wybranka swego serca i była mu wierna. Król nie mógł znieść tego upokorzenia.
-Nie rozumiem jak mogła woleć jakiegoś wieśniaka od naszego przystojnego króla. Jeśli ja bym mu się spodobała, to od razu porzuciłabym swojego męża. Toż to hańba dla tej damy.
-Nie przerywaj mi! Król nie mógł znieść tego upokorzenia, więc, aby się zemścić wkradł się jej do łoża.
-Matko boska! Jesteś pewna, że zrobił to nasz król?
-Oczywiście, moje drogie dziecko. To do niego podobne.
-I co się stało dalej? Dlaczego teraz jest jego żoną?
-Po tym jakże przykrym zdarzeniu nikt już jej nie chciał. Nawet rodzice wstydzili się nieczystej córki. Błagali Vincentego, by się z nią ożenił, ponieważ nie było innej możliwości. Lecz król nie chciał. A potem okazało się, że królowa Luna jest brzemienna.
-I tym dzieckiem jest nasz mały panicz?
-Tak, to rzeczywiście on. Gdy król się o tym dowiedział pojął ją za żonę. A dla księcia nie był i nadal nie jest jak prawdziwy, kochający ojciec.
Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Ale to były przecież tylko plotki, prawda? Nic nie znaczące łgarstwa. Gniew wypełnił całe moje ciało i nie mogłem się powstrzymać przed okazaniem go. Wbiegłem do komnaty, stanąłem pomiędzy kobietami i zacząłem krzyczeć. Po prostu, by to wszystko z siebie wyrzucić. By wszystkiemu zaprzeczyć i nie mieć wątpliwości, które się pojawiły.
-Tata taki nie jest! Co wy możecie o tym wiedzieć?! On próbuje mnie tylko chronić! Mama jest z nim z własnej woli! Ale co takie głupie wiedźmy, jak wy mogą o tym wiedzieć?! Dlaczego rozgadujecie takie rzeczy? To wszystko kłamstwa! Jeszcze raz was na tym przyłapię to karzę uciąć wam języki!
Służki wpatrywały się we mnie osłupiałe i lekko przerażone. Dyszałem z wściekłości i długiej przerwy od oddychania. Drżałem na całym ciele. Wiedziałem, że oberwie mi się za to od ojca, ale ważniejsze dla mnie było dobre zdanie o naszej rodzinie.
Nie czekając dłużej wybiegłem z pomieszczenia i udałem się do ulubionej wieżyczki. Opadłem na podłogę, przeczołgałem się do rogu i usiadłem. Podciągnąłem nogi pod brodę, obejmując je ramionami, po czym zwyczajnie w świecie się rozpłakałem. Bo uwierzyłem plotkom. Bo to mogła być prawda. Bo ojciec był do tego zdolny. Bo matka właśnie tak się zachowywała, jakby była nieszczęśliwa i wszystkich nas nienawidziła. Płakałem, ponieważ byłem niechcianym dzieckiem. Ponieważ prawda cholernie bolała.
~~~~~~
Gdy miałem dwanaście lat znałem już każdy zakamarek zamku. Przez to, kiedy chciałem pobyć trochę sam chowałem się gdzieś, gdzie nie mogli mnie znaleźć. W sumie to szukali mnie tylko wtedy, kiedy miałem coś do zrobienia. Na przykład kolację z rodziną i przybyłymi gośćmi z poza kraju. Musieliśmy udawać szczęśliwą rodzinę, co chyba dobrze nam wychodziło. Lecz każdy dobry obserwator zauważyłby, że coś jest nie tak. Widocznie nikt nim nie był, bądź nie chciał nic takiego zobaczyć.
Nasz pałac był ogromny i chyba największy w okolicy. Osoba, która pierwszy raz go zwiedzała mogłaby się zwyczajnie zgubić. Ja za to odkryłem, że grube mury, to nie tylko grube mury. Jest kilka ukrytych tajemnych przejść, o których wie chyba tylko moja osoba.
Ale nie na tym opiera się historia, którą chcę wam przedstawić. Otóż, pewnego dnia do zamku zawitała żebraczka. Biedna, stara, schorowana kobieta z małym dzieckiem, które wyglądało jak najprawdziwsza śmierć. Przynajmniej tak mówiły o nich służki. Oczywiście, straż nie wpuściła ich na nasz teren. Co by to było, gdyby to zrobili i król się o tym dowiedział. Pewno skazałby ich na ścięcie, lub tortury. Zależy od humoru poczciwego władcy.
Opiekunki trzymały mnie z dala od całego tego zajścia. Jednak wymknąłem się im, gdy zajęte były rozmową ze służącym. Nie rozumiałem tego ich wdzięczenia się do każdego napotkanego mężczyzny. Cóż, może na tym właśnie polega miłość. Wbiegłem do ukrytego przejścia między moją komnatą, a komnatą matki, z której jak co dzień słychać było cichy odgłos szlochu. Z przyzwyczajenia przytknąłem ucho do ściany, jakby oczekując, że zacznie wyjaśniać powód swojego płaczu. Ale to nie nastąpiło.
W wąskim korytarzu było strasznie ciemno, lecz żadne światło nie było mi potrzebne. Znałem drogę na pamięć. Szedłem więc po omacku, czasami tylko wyciągając ręce, by dotknąć ściany. Stanąłem bez ruchu, wsłuchując się w rozmowę strażników, aż ich śmiechy nie stały się dla mnie odległe. Gdy nie było już nic słychać wyszedłem z ukrycia na podwórze. Rozejrzałem się, czy aby na pewno nikt mnie nie widział, po czym ruszyłem w stronę bramy.
Po drodze przyuważyłem, że idzie kucharz z koszem pełnym chleba. Bez zastanowienia chwyciłem szybko pierwszy z brzegu bochenek i puściłem się pędem przed siebie.
-Ty mały smarkaczu! Poczekaj, poskarżę się twemu ojcu! On już Ci pokaże!
Nie zwracałem uwagi na krzyk. Wiedziałem, że służący na pewno spełni swoje groźby, lecz nie interesowało mnie to w tym momencie. Czułem wewnętrzny przymus, by to zrobić.
Zdyszany schowałem się w krzakach zasadzonych tuż przy murze otaczającym budynek. Wtedy ją zobaczyłem. Żebraczka miała skołtunione włosy, była tak wychudzona, że mogłem pewnie policzyć każdą jej kość. Dziecko wcale nie wyglądało lepiej. Miało około trzy latka i chowało się za obszerną spódnicą matki, która padła na kolana wznosząc ręce do nieba.
-Błagam was! Okażcie choć odrobinę litości przynajmniej mojemu dziecku! Ono musi jeść, by przeżyć. Wiem, że w głębi serca jesteście dobrymi ludźmi!
To przyprawiło strażników jedynie o śmiech. Pomyślałem, że to zrozumiałe. Ci, którym nigdy niczego nie brakowało nie wiedzą, jak to jest. Na pewno też tego nie zrozumieją. Ja również się do nich zaliczam, robię to tylko dla zabawy, ponieważ w zamku jest bardzo nudno.
Chłopczyk pociągnął matkę za rąbek spódnicy i wskazał na mnie. Kobieta spojrzała w tę stronę, a gdy pokazałem, by do mnie podeszli na jej twarzy wykwitł nieśmiały uśmiech. Miejsce, w którym się znajdowałem było trochę oddalone od głównej bramy, ale nie na tyle, bym nie mógł usłyszeć tego, co powiedziała na odchodnym. Lecz takich słów nie mógłbym powtórzyć.
-Och, młodzieńcze. Masz coś dla nas? Przecież widzę ten bochenek chleba, który ukrywasz za sobą. Różnisz się od tych zniewieściałych głupców. Ty jesteś dobry, widzę to w twoich oczach - powiedziała dziwnie melodyjnym głosem. Próbowała utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, lecz głód był zbyt silny i spoglądała również dziko na pożywienie.
-Zagrajmy w grę. Za każdą odpowiedź na moje pytanie dostaniecie po kawałku chleba, lecz jeśli uznam, że kłamiecie, czego nie znoszę, nie dostaniecie nic więcej.
-Dobrze! Zgadzamy się, byle prędko, bo dłużej nie wytrzymam spoglądając na to i nie mogąc tego zjeść - usiadła na ziemię, a ja dalej trwałem w przykucu. Chłopczyk nie wiedział co zrobić, więc wziął przykład z matki i usiadł obok niej.
-Pierwsze pytanie: Cóż się stało, że chodzicie od domu do domu i żebrzecie, wystawiając się na pośmiewisko?
-A co mogę na to poradzić? Mojego męża pojmało wojsko króla i skazało na egzekucję za coś, czego nie zrobił. Wiecie, znałam swego partnera bardzo dobrze, on widział w Vincentym swojego boga. Uważał go za ideał i nie zrobiłby nigdy nic przeciw niemu. Po egzekucji ludzie z naszej wioski uznali, że też mieliśmy coś wspólnego ze zdradą. Pewnej nocy, gdy spaliśmy podpalili naszą chatę. Zginęła tam moja córeczka, która miała jeszcze całe życie przed sobą. Musieliśmy uciekać. I tak znaleźliśmy się tu - po jej policzkach nie spłynęła ani jedna łza. Tak jakby nic nie czuła, lub to się nigdy nie zdarzyło. Choć z drugiej strony ojciec był do tego zdolny. Czasami brał kilku poddanych i poddawał ich torturą, by pokazać, że nadal ma władze.
-Dlaczegóż to nie cierpicie? Wyglądacie tak, jakby to was nie dotyczyło. Jakby to was nie obchodziło - okazałem swoje wątpliwości. Nie będę przecież karmił kłamców. Jeśli wymyśliła sobie tą ckliwą historyjkę to może iść do diabła.
-Pogodziliśmy się z tym. Życie toczy się dalej, a ja mam jeszcze jedno dziecko, którym muszę się zająć. Nie mogę ciągle się tym zadręczać i sterczeć w miejscu. Muszę być silna dla Samuelka - spojrzała mi hardo w oczy. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, aż nie westchnęła. -No dajże mi ten chleb, przecież odpowiedziałam szczerze.
Sprawnym ruchem oderwałem dwa spore kawałki i rzuciłem kobiecie na suknię. Zaczekałem chwilę, aż zjedli. Widać było, że dawno nie mieli niczego w ustach. Chłopcu w kąciku ust ostała się ślina.
-Cóż uważacie o rodzinie królewskiej? - nie wiedziałem o co mogłem zapytać zwykłą wieśniaczkę, ale nie chciałem też oddać tego bochenka za darmo.
-Hmm... Chodzą o nich różne plotki, ale moim skromnym zdaniem wydają się smutną rodziną.
-Czemuż to?
-Nigdy nie pokazują się poddanym. Siedzą tylko w tym swoim strasznym zamczysku i nie śmią nawet wychylić nosa. A w kraju nie dzieje się dobrze. Pełno rozbójników i najeźdźców z innych państw. Król nie reaguje, pewno uważa, że jakoś sobie radzimy. To prawda, lecz długo tak nie pociągniemy. Królowa za to słyszałam, ze ciągle chodzi wściekła. Nic jej nie obchodzi, mogłoby się palić i walić, a ona by tego nie zauważyła. A ich synek, Timothy, to jakby nie istniał. Ani widu, ani słychu. Ludzie boją się o nim rozmawiać. Pono król każe wybijać zęby za choćby kilka zdań o nim. Nie rozumiem tego, jak można się wstydzić własnego dziecka. Powinno się je kochać, pomimo jego wad. Chciałabym kiedyś zobaczyć księcia i przekonać się czy na prawdę jest taki okropny.
-Słyszałaś przecież jaki jest. Tyle Ci nie wystarczy? - spytałem lekko zdenerwowany. Ta kobieta nie wiedziała jak blisko jest odkrycia o nas prawdy. To mnie irytowało. Nie mieliśmy za grosz prywatności.
-Wyrabiam sobie własne zdanie. Nigdy nie opieram się na czyichś słowach - westchnęła znużona. Po chwili oprzytomniała i powstała. -Ejże! To były trzy pytania! To nie fair.
-Moja gra - moje zasady. Jeśli Ci to przeszkadza to mogę sobie pójść.
-Nie, nie, oczywiście, że nie - szepnęła żałośnie. Ups, chyba pomyślała, że jestem taki sam jak strażnicy. Moje ręce same z siebie oderwały kilka kawałków i rzuciły w ich stronę. Przysięgam, że nie miałem na to wpływu. Kobieta zaśmiała się radośnie i zanuciła pod nosem śliczną melodię, na co dziecko zrobiło kilka piruecików.
-Zaśpiewajcie mi coś.
-Ale to nie było pytanie - uniosła brwi w górę.
-Jeśli mi zaśpiewacie oddam wam to, co zostało po chlebie - próbowałem się targować. Zależało mi na tym, by usłyszeć czyjś śpiew. U nas na dworze ojciec zabronił organizować zabawy. Nie można było ani śpiewać, ani grać.
Żebraczka najpierw zaczęła nucić pod nosem tak, jakby się wstydziła. Po chwili jednak jej synek zaczął stukać w swoje uda, nadając rytm i jego matka zrobiła się odważniejsza. Z jej gardła wydobywały się takie dźwięki, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem.
Nobody's perfect I'll never try,
But I promise I'm worth it if you just open up your eyes,
I don't need a second chance,
I need a friend,
Someone who's gon' stand by me right there till the end,
If you want the best of my heart, you've just gotta see the good in me.
Przymknąłem oczy, wsłuchując się. Nie rozumiałem żadnego słowa, które wypowiadała, lecz to mi nie przeszkadzało. Muzyka wprawiała moje ciało w stan uniesienia. Mógłbym słuchać tego wiecznie, ale kobieta nagle umilkła.
-Paniczu, ktoś idzie... - wyszeptała, wskazując palcem gdzieś za mnie. Odwróciłem gwałtownie głowę i ujrzałem Jacoba, prawą rękę ojca. Wiedziałem, że to zapowiadało kłopoty.
-Trzymaj to i jak najszybciej stąd znikaj. Chyba nie chcesz, bym po okazanej ci łasce miał duże kłopoty - podałem jej resztę bochenka i zaplotłem ręce na piersi, żeby powstrzymać ich drżenie. Nie przeszkadzało mi to, ale nie chciałem wyjść na mięczaka.
-Pozwólże mi poznać imię swego dobroczyńcy.
-Timothy - odparłem po dłuższym zastanowieniu. Kobieta otworzyła usta w zdziwieniu, ale nie zwlekała dłużej i ruszyła biegiem wraz z dzieckiem w stronę miasta. Stałem ciągle w tym samym miejscu, patrząc za znikającą żebraczką. Oczekiwałem, na pozór spokojnie nadejścia wujka. Nie mógł przecież zobaczyć, jak bardzo się boję, bo wtedy kara byłaby znacznie większa.
-Ojciec oczekuje Cię w swojej komnacie. Chyba nie muszę Ci wyjaśniać, że zwlekanie z pójściem tam tylko go rozsierdzi - poczułem, jak kładzie mi rękę na ramieniu. Jego ciężkie westchnienie świadczyło albo o rozczarowaniu mną, albo zmęczeniu ciągłego upominania mnie. -Ile razy jeszcze mam Ci powtarzać, że jeśli będziesz spełniał oczekiwania Vincentego, wtedy nie będziesz musiał tak cierpieć.
-Wcale nie cierpię. Przyjmuję karę jak prawdziwy mężczyzna, nie musisz mnie niańczyć - wyszarpnąłem się z jego uścisku. -O co Ci w ogóle chodzi? To Ciebie bije czy mnie? Powinieneś sam zacząć o siebie dbać, a dopiero później martwić się o innych.
-Chciałem być tylko miły.
-To zwyczajna litość - warknąłem. Odwróciłem się do niego przodem i zadarłem głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. -Litość okazują tylko głupcy, którzy mają zbyt miękkie serce, by być twardym i idealnym. Okazujesz współczucie, którego wcale mi nie potrzeba. A teraz chodźmy do ojca, on nie może tak długo czekać.
-Jak tam chcesz - pokręcił głową. -Ale z Ciebie dzieciak.
-Odczep się!
-Jak Ty się do mnie odzywasz?! - wykrzyknął poczerwieniały ze złości.
-Tak jak mi się podoba.
~Jak grzeszyć to grzeszyć.~ pomyślałem. Jeśli już mam mieć kłopoty to po całości.
-Powiem to twojemu ojcu - zagroził. Pff, to już na mnie nie działało, można mnie było tym jedynie jeszcze bardziej rozzłościć.
-I kto tu zachowuje się jak dzieciak... - mruknąłem pod nosem. Doszliśmy do drzwi zdecydowanie zbyt szybko. Przez ułamek sekundy wahałem się, czy nie uciec stąd jak najdalej, gdzie będę mógł być taki, jaki chce. Gdzie mógłbym być prawdziwym sobą, a nie takim, którego wykreował sobie ojciec. Lecz nie mogłem, moją powinnością było przejęcie tego miejsca. Przemierzając korytarze z Jacobem u boku, wmawiałem sobie, że nie będzie tak źle.
-Boisz się? - szepnął mój towarzysz.
-Co za pytanie. Jak mógłbym się bać, przecież to uczucie należy tylko do nieudaczników, a ja nim nie jestem - odparłem i chyba sam próbowałem się do tego przekonać. Otworzyłem drzwi do komnaty króla, starając się zachować pozory odważnego. Ojciec siedział w fotelu i bawił się dłońmi w oczekiwaniu na moje przyjście.
-Vinnie, ja wiem, że młody uraził Cię swoją bezmyślnością, ale nie karz go zbyt srogo. To może się źle skończyć - głos wujka drżał. Co za bezmyślny idiota. To moja sprawa i moja kara, nie powinien się do tego wtrącać. Dlaczego on próbuje mnie ratować? I tak nic nie zdziała. Może jeszcze tylko sprawić, że gniew ojca przeniesie się również na jego osobę.
-Wiem, co jest dla niego najlepsze. Nie próbuj go bronić, on już wie, co go czeka - głos taty był ostry jak brzytwa. Znałem ten ton bardzo dobrze, ale nie mogłem się wzdrygnąć, choć tak ciężko było mi się przed tym powstrzymać. -A teraz wyjdź stąd. Chcę pobyć z synem sam na sam.
Mężczyzna posłusznie pochylił głowę, posyłając mi ostatnie spojrzenie mówiące 'bądź mądry i nie spapraj sprawy', po czym wyszedł z pomieszczenia. Rodziciel wskazał mi, bym do niego podszedł, co zrobiłem od razu.
-Teraz powiesz mi za co mam Cię ukarać.
-Nie zrobiłem niczego złego - starałem się, żeby głos nie zdradził mojego zdenerwowania. Ręce zaczęły mi się pocić, miałem nadzieję, że nie widać tego przez półmrok panujący w pokoju.
-Przyznaj, jakie popełniłeś błędy - nie ustępował.
-Według Ciebie na pewno popełniłem ich zbyt wiele - odwarknąłem. Nie mogłem być spokojny, kiedy tak się mnie traktowało.
-Timothy.
-Wymknąłem się opiekunką, potem uciekłem z zamku. Ukradłem kucharzowi jadło na dzisiejszą kolację i dałem je żebraczce - zacząłem wyliczać, ukazując moją uległość. Uznałem, że lepiej będzie pójść na ugodę niż ciągle się sprzeczać i odwlekać to, co nieuniknione.
-I?
-Okłamałem Cię, przez co przestałem być idealny.
-Pomyślmy na jaką karę zasługujesz? - zapytał, niby zamyślony. Byłem pewny, że już dawno opracował każdy szczegół. Przełknąłem nerwowo ślinę, nie odpowiadając. -Nie, to nie może być nic zwyczajnego. To musi być coś, co zapadnie Ci w pamięci na długi czas. Pójdziesz dzisiaj na noc do lochów.
Zamarłem. Wiedziałem, że za tym kryło się coś jeszcze. To wcale nie wydawało się straszne, co było przerażające samo w sobie. Ojciec zawołał straż, oczekując, że jak najszybciej się tu zjawią. Postawni mężczyźni, jakby byli na to przygotowani, chwycili mnie pod pachy i wyprowadzili z komnaty. Nie stawiałem się, po prostu szedłem za nimi, będąc całkowicie wypranym z uczuć.
-To żeś sobie naskrobał, dzieciaku - zarechotał jeden z nich. Miał przerzedzone, ciemnobrązowe włosy związane w kucyka. Kiedy nie zwróciłem na niego uwagi odezwał się ponownie. -Pewno tak bardzo się boisz, że aż zaniemówiłeś.
-Nie jestem taki jak wy, głupcy. Ja potrafię ponieść karę z godnością - odezwałem się, zadzierając wysoko brodę.
-Taka mi godność, jak kot napłakał. Chłopcze, własny ojciec Cię nienawidzi i wyżywa się na tobie, a ty mi tu pieprzysz o godności.
Nie odezwałem się już więcej. Być może prawdziwość jego słów uderzyła w mój czuły punkt. Nie miałem siły zaprzeczać, co i tak wydawałoby się żałosne. Szliśmy w ciszy, którą zakłócał jedynie odgłos naszych kroków. Zamknąłem oczy, nie chcąc niczego widzieć. Chciałem po prostu na chwilę zasnąć oraz obudzić się, wiedząc, że to tylko koszmar. Jednak to była prawda i nic nie mogło tego zmienić.
Wrzucili mnie do lochu, jakbym był nic nie wartym śmieciem. Upadłem na rękę i omal nie zajęczałem z bólu. Gdybym tylko miał przy sobie miecz, albo cokolwiek, czym mógłbym walczyć, pokazałbym im, co potrafię. Wyklinałem na nich w myślach. Zostawili mnie tam samego, bez żadnego światła, bez wody, bez jedzenia. Zacisnąłem zęby z wściekłości i bezsilności. Jedyne co mogłem zrobić to czekać, aż ojciec mnie stąd wypuści.
Najgorsza była niewiedza. Nie miałem pojęcia co kryje się za tym, że tam byłem. Bałem się tego, co mogło się zdarzyć. Przez moją głowę przelatywało dużo irracjonalnych myśli. Jedne gorsze od drugich. Chciałem mieć to już za sobą. Ojciec wiedział co zrobić, by ludzie czuli się najgorzej i właśnie wykorzystał to przeciw mnie.
Obudził mnie mocny kopniak w bok. Skuliłem się z bólu, ale nie wydałem żadnego dźwięku. Uniosłem wzrok i ujrzałem ojca z pochodnią, drugą dłoń miał ukrytą za sobą. Jego twarz nie zdradzała emocji, przez co czułem się lekko zdezorientowany, ale powinienem się już do tego przyzwyczaić. Wyglądał, jakby był wcieleniem demona. Wydał mi się nad wyraz straszny, co chyba odbiło się w moich oczach, bo na jego twarz wpełznął delikatny uśmiech.
-Mam nadzieję, że domyśliłeś się, iż spędzenie nocy w lochu nie będzie twoją jedyną karą - jego głos zabrzmiał nienaturalnie głośno. Drażnił moje bębenki.
Podszedł do mnie i podniósł tak lekko, jakbym nic nie ważył. Przypiął moje ręce zwisającymi z góry łańcuchami. Nie podobało mi się to, moje ciało rwało się do ucieczki, ale wiedziałem, że to nic by nie dało. Zamknąłem oczy, ponieważ wiedziałem co się miało stać. Ponieważ robił mi to własny ojciec. Ponieważ chciałem sobie wmówić, że to tylko sen.
Chłosta. O tym pomyślałem, gdy poczułem pierwsze uderzenie na plecach. Mój krzyk rozniósł się echem pewnie po całym zamku. To było wołanie biednego, przestraszonego dziecka, które czeka na kogoś, kto przyjdzie mu z pomocą. Dziecka, które nie ma nikogo bliskiego, do którego mogłoby pójść.
Jeszcze jedno uderzenie i jeszcze jedno i następne. Moje gardło było opuchnięte od ciągłego wrzasku, którego nie mogłem powstrzymać. Wiedziałem, że to bez celowe. Ale miałem już wszystko gdzieś, miałem dość udawania, że jestem z kamienia. W tej chwili bycie idealnym nie było aż takie ważne. Po ósmym uderzeniu przestałem liczyć, być może nawet przestałem kontaktować. W końcu poczułem, że mnie uwolnił. Opadłem na zimną podłogę, nie czując bólu.
W tym momencie zacząłem szczerze nienawidzić ojca. Wcześniej miałem nadzieję, że jednak mu na mnie zależy, ale gdyby mógł nie narazić swojego dobrego imienia od razu by mnie zabił. Byłem tego pewny.
-Kiedyś Cię zabiję - wyszeptałem do siebie, nie wiedząc czy nie usłyszał. Po części mnie to nie obchodziło, ponieważ nie mógł mnie już gorzej skatować.
-Z pewnością - usłyszałem zanim straciłem przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz